Sprawiedliwość zaczyna się od jednego grosza

Zapewne większość z Was spotkała się z historią pewnej kioskarki, która została wczoraj (26.06.2009) skazana przez łódzki sąd rejonowy na zapłatę 130 PLN grzywny i 170 PLN kosztów procesowych. Za co? Za fakt niewystawienia paragonu z kasy fiskalnej za usługę ksero. Wartość usługi wynosiła 30 groszy, podatek z tego to 5 groszy. Niewystawienie paragonu skutkuje de facto uszczupleniem wpływów państwa za daną usługę. (więcej…)

Rzeczpospolita Jana Pawła II

Okres kampanii wyborczej to wspaniały czas. Powstają nowe chodniki, dowiadujemy się o tym, jak już niedługo będzie wspaniale, bandyci, alkoholicy, złodzieje i kłamcy stają się głęboko wierzący a polityków można nawet spotkać w swoich biurach poselskich. Zaiste, dziwny to czas.

W srogim błędzie jest jednak ten, który odbiera politykom resztki inteligencji. Nie tylko bezpośrednio przed wyborami doznają oni cudownej przemiany. Ich szare komórki kombinują przez cały rok. Nawet oni wiedzą, że swoją pozycję należy wyrabiać nieustannie. Dziś zboże wysypane na tory oznacza kolegium, jutro po tym zbożu można będzie dostać się do Sejmu. Kilka wypitych kieliszków może pozostawić w świadomości ludzi wizerunek „równego chłopa co nasz jest”.

W naszym kraju najlepiej być wierzącym. Katolikiem oczywiście. Można wtedy przez cały rok podkreślać jak bardzo dba się o rodzinę, licytować się kto więcej razy bywa w kościele, kto ma zdjęcie z papieżem a kto tylko z biskupem. Obowiązkowo trzeba przypominać też nauki Jana Pawła II, nieważne czy się je zna, wspomnieć wypada. Jakiż to elektorat można wtedy zdobyć! Twardy, stały i niezmienny. Jeszcze tylko wizyta na radiowej antenie z bożą pomocą i sukces murowany.

Czy może być lepsza okazja do demonstracji swoich przekonań religijnych niż trzydziesta rocznica pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski? Można to splatać z rocznicą wyborów do sejmu kontraktowego w telewizyjnych spotach. Czemu by nie odsłonić kolejnego pomnika papieża, najlepiej w sejmowej kaplicy. Można też nazwać nowy most budowany w stolicy imieniem największego Polaka od czasów Bolesława Chrobrego. W końcu za kilka dni wybory.

Obecnie w naszym kraju imienia Jana Pawła II nie mają jedynie szalety miejskie (jeszcze?). Papież Polak jest czczony przez ulice, aleje, skwery, ronda, mosty, setki pomników, popiersia, pociągi, szkoły, tablice pamiątkowe, krzyże, ołtarze, obeliski i setki innych rzeczy, o których strach nawet myśleć. Ja rozumiem, że Polska puka od dawna do drzwi państwa wyznaniowego, w którym de facto od dawna Kościół sprawuje spora część realnej władzy (bo kto odmówi racji proboszczowi, który z ambony wskazuje na kogo głosować?). Ja rozumiem, że dla wielu Jan Paweł II był postacią wybitną jak rzadko kto, rozumiem że się go ceni, bo ciskał gromy na PZPR, czym wydatnie obalił komunizm. Wiem, że był sympatyczny, zażartował i tak dalej.

Ile jednak można chwalić się zdjęciami z audiencji u niego? Ile jeszcze ulic i pomników powstanie w Polsce aż społeczeństwo się opamięta? Jaka postać ma więcej pomników w Polsce? Ryzykuję stwierdzenie, że żadna. Ciekawe czy doczekam czasów, gdy przedostając się na drugi koniec miasta, będę jechał ulicą Jana Pawła II, przejadę przez jego rondo, skręcę w jego aleję, po czym wjadę na most jego imienia.
Czy mało jest innych osób, organizacji i wydarzeń do upamiętnienia? Nie, jednak nie są one tak medialne, jak papież. Prawdziwy katolik zagłosuje na posła, który ufunduje pomnik Jana Pawła II, a nie tablicę pamiątkową ku czci Narodowych Sił Zbrojnych.

Ze wszystkim można przesadzić. Papież miał swoje zasługi, ale nie ulegajmy paranoi. Masa Polaków w naszej historii była od niego dużo ważniejsza, jednak jak tu zbić kapitał polityczny na Legionach Polskich we Włoszech?

Nie widzę nic złego w uczczeniu papieża tablicą, pomnikiem czy nazwą ulicy. Hipokryzji nadającej jego imię wszystkiemu, czemu tylko można, w imię wyciągnięcia na pokaz swojego przybrudzonego katolicyzmu, mówię stanowcze nie.

49 województw

Na krótką refleksję natchnęła mnie dzisiejsza „impreza” odbywająca się w Bielsku-Białej. Tak lubiani w moim mieście ludzie z Katowic wykazali się ogromnym tupetem, większy to chyba tylko na jednym końcu targu konia ukraść, a na drugim sprzedać.

Przeczytałem dziś, że TV Silesia oraz Fundacja Rozwoju Miasta Bielsko-Biała (!) połączyły siły, aby pod patronatem Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego, uczcić wielce radosne dla Bielszczan dziesięciolecie likwidacji Województwa Bielskiego i przyłączenie nas do Górnego Śląska. Na małym zatęchłym placyku wystąpią regionalne gwiazdy pokroju „Hanys Bynd”. Pewnie osoby za imprezę nie są zbytnio rozgarnięte, więc podpowiadam: sprowadzanie „hanysowskich” zespołów w celu „świętowania” czegoś, za co wielu Bielszczan patrzy z wrogością na Górny Śląsk to… nietrafiony pomysł. To tak jak przyjść do sąsiada, przywalić mu w mordę i wyciągnąć flaszkę najtańszej wódki, żeby to oblać.

Dzisiaj mamy 16 województw zamiast 49. Podział kraju obecnie jest trzystopniowy, najwyższa jednostka to województwo, poniżej powiat a na samym dole gmina. Warto przypomnieć, że przed 1 stycznia 1999 powiaty nie istniały. Województwa dzieliły się na miasta i gminy. Dziesięć lat po reformie administracyjnej miło byłoby rozpocząć dyskusję o podziale administracyjnym kraju.

Możecie stwierdzić, że jestem nieobiektywny, w końcu Bielsko to jedno z najbardziej niezadowolonych miast, jeśli chodzi o nowy podział. Zostawmy jednak kwestie osobiste i pomyślmy o reszcie kraju. Częstochowa ma identyczny problem jak Bielsko, od czasu do czasu słyszymy o żądaniach utworzenia siedemnastego województwa – częstochowskiego. Nad morzem identyczne chęci przejawia Słupsk i Koszalin. Sporo miast pomimo swojego znaczenia czy potencjału zostało przydzielonych „pod opiekę” większych ośrodków. Nietrafiony podział pokazuje porównanie miast. Moje Bielsko jest większe powierzchniowo i ludnościowo niż wojewódzki Rzeszów. Przykładowy Radom bez przeszkód postawimy obok Torunia.

Według mnie Polska powinna dążyć do decentralizacji. Oczywiście nie na wzór stanów w USA lub landów w Niemczech, żadnych lokalnych parlamentów, własnego prawa, skarbu itd. Decentralizacja powinna polegać na zwiększaniu przepływu pieniędzy z budżetu krajowego do poszczególnych budżetów lokalnych. Szkolnictwo, Policja, opieka zdrowotna powinny być przekazane samorządom. To one powinny ustalać wynagrodzenia dla nauczycieli, policjantów, decydować, jaki szpital jest potrzebny w województwie. Oczywiście byłoby to finansowane w głównej mierze z ich własnego budżetu. Im więcej obowiązków dla województwa tym więcej pieniędzy z budżetu centralnego.

Przy okazji zmian administracyjnych można by ograniczyć liczbę „wybrańców narodu”. Wojewoda, zarząd województwa składający się z przedstawicieli każdego powiatu (po jednej osobie). Zarząd województwa miały de facto wtedy około 6 – 7 osób. Zarząd powiatu składałby się z przedstawicieli gmin. Oczywiście, jeżeli założymy, że gminy będą potrzebne. Gdyby je zlikwidowano, każde miasto czy wieś podlegałoby bezpośrednio pod powiat a ten pod województwo. Z gminami czy bez, wpływ mieszkańców województwa byłby znacznie większy na ich otoczenie niż teraz. Gdyby przyjąć, że województwo wiele kwestii pozostawia powiatom, mielibyśmy niemal demokrację bezpośrednią. Każdy miałby realny wpływ na swoją najbliższą okolicę.

Mieszkańcy mogliby w wielu ważnych sprawach głosować poprzez referendum lokalne. Mogliby decydować o podwyżce pensji lekarzom, policjantom, samorządowcom, o zlikwidowaniu lub budowie nowej szkoły itd. Konsekwencje swoich wyborów ponosiliby oni sami – w końcu, jeżeli pieniądze na te cele pochodzą z ich powiatu czy województwa, to de facto sami za to płacą. A każdy chyba wie, co jest dla niego najlepsze.

Tak jest moja wizja. Można mówić, że obecnie jest dobrze. Myślę jednak, że 49 województw to lepsze rozwiązanie. Wystarczy zapytać górala spod słowackiej granicy czy chce dopłacać do śląskich kopalń ;)

Pytoza

Od razu odpowiadam na Wasze pytanie: nie mam pojęcia, co to jest „pytoza”, w dodatku niespecjalnie mam zamiar wiedzieć. Zakładam, że nie jest to nic specjalnie inteligentnego ani na wysokim poziomie.

Ogólnie rzecz biorąc, to dostałem spamowatego maila o tej treści:

Pytoza - czymkolwiek ona nie ejst

Dotąd zastanawiam się, czy niżej upadli fani „pytozy”, czy osoby nakręcające jej popularność.

Wizyta w starostwie powiatowym

Dzień w dzień odkrywam coraz straszniejsza prawdę, o rzeczywistości jaka mnie i nas wszystkich otacza. Wczoraj zetknąłem się z urzędem, konkretnie Starostwem Powiatowym w Bielsku-Białej. Nie bywam w takich instytucjach, co najwyżej dawno temu byłem na komisji wojskowej. Poszedłem więc poznać wielki świat biurokracji, w celu dowiedzenia się czegoś więcej o zakładaniu stowarzyszenia (Wspólna Inicjatywa Rozwoju). O założeniu stowarzyszenia zwykłego powiadamia się starostę, tak więc cel raczej obrałem odpowiedni.

Razem z trzema innymi zacnymi członkami WIR-u weszliśmy do starostwa. Połysk, szkło, biurka niczym prosto ze sklepu a ludzie w garniturach, zapowiadał się wyższym poziom obsługi interesanta.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Punktu Obsługi Mieszkańców (albo jakoś tak, nie pamiętam dokładnie nazwy, ale sens zostaje zachowany). Podszedłem do człowieka za okienkiem i zapytałem grzecznie gdzie tu można dowiedzieć się czegoś w sprawie założenia stowarzyszenia zwykłego. Facet zaczął się na mnie gapić, po czym rozłożył ręce. Na początku pomyślałem, że ten gest rozerwał mu struny głosowe, bo dobrą chwilę trzymał te rozłożone ręce przed sobą i nic nie mówił. Patrzył na mnie, patrzył, aż w końcu stwierdził, że nie ma pojęcia, ale żeby iść do pokoju 214. Poszliśmy więc.

Oddział wojewódzkiego urzędu pracy oraz punkt informacyjny EFS. Tabliczka na drzwiach niekoniecznie sugerowała, by w tym pokoju zajmowano się stowarzyszeniami. Wszedłem jednak po pewnej chwili wahania. Kolejny elegancki pan równie elegancko wyśmiał osobę, która mnie do niego skierowała. Zasugerował również, że pokój 214 może być w bloku B. Oczywiście go tam nie było.

Zeszliśmy na dół do kolejnego punktu informacyjnego. Koleżanka Barbara przemówiła do kobiety w okienku, niestety ona w ogóle nie wiedziała, o co chodzi. Odesłała nas do „skrzynki podawczej”. Okazał się nią info-kiosk z ekranem dotykowym. Szkoda tylko, że wypełniony był jedynie ofertami pracy. O stowarzyszeniach oczywiście nic.

Ostatnia deska ratunku to powrót do Punktu Obsługi Mieszkańców. Po dłuższej wymianie zdań dowiedzieliśmy się, że oni się tym tu nie zajmują, i że mamy iść do sądu na Bogusławskiego. Ale do cholery, my się nie chcemy wpisywać do KRS.

Wyszliśmy ze starostwa z wiedzą taką jak przed wejściem.

Niekompetencja osób, na które płacimy podatki, jest porażająca. Żeby nikt tak prostych rzeczy nie wiedział w instytucji, która się tym zajmuje? Wiedziałem, że takie rzeczy się zdarzają, jednak konfrontacja z takimi ludźmi w rzeczywistości boli zdecydowanie bardziej niż w opowieściach.

Wspaniała polska młodzież

Jak donosi serwis Policyjni.pl, dwie grupy przemiłych młodzieńców, postanowiły rozwiązać spór, do jakiego pomiędzy nimi doszło, w sposób dżentelmeński – przez pojedynek. Tym razem wytrawne stroje zastąpiły bluzy z kapturami, jednostrzałowe pistolety zostały zamienione na pałki, sekundant nie był potrzebny w ogóle. Do starcia doszło w podziemnym przejściu pod rondem Reagana we Wrocławiu. Należy dodać, że uczestnikami tego niecodziennego wydarzenia byli gimnazjaliści, czyli osoby w wieku 13 – 16 lat. Wynik wymiany argumentów pozostaje nieokreślony, gdyż całe zajście przerwała Policja. Powodem „ustawki” był ponoć fakt, że uczeń jednego z dwóch walczących gimnazjów zaczepił niewiastę z drugiej szkoły. Takiej sprawy nie można było pozostawić samej sobie. Wiadomo, chodziło o honor.

Taka informacja jest dobrym punktem wyjścia do rozważań o młodzieży i o tym, czym będzie Polska za 20 – 30 lat mając takich obywateli.

Dyrektorka gimnazjum nr 13 odsłania brutalną prawdę. Uczniowie biorący udział w bójce są w szkole niezwykle spokojni, niestety tylko za sprawą monitoringu w placówce. Poza szkołą już mniej przypominają miłego i grzecznego gimnazjalistę, jakim kiedyś byłem ;) Wielu z nich ma swojego kuratora lub miała przygody z sądem rodzinnym. Ten oto sąd „zobowiązuje nieletniego do poprawy swojego zachowania”. Niezwykle skuteczny środek wychowawczy jak widać. Jedyne co potrafi zrobić oświata to pogadanki ze Strażą Miejską lub psychologiem.

Dlaczego ulubioną rozrywką 15 latków jest naparzanie się po mordach? Bo nie ma za to żadnych kar, obiję komuś gębę, zniszczę przystanek, ukradnę torebkę, i co z tego? Kurator to fikcja, po co w ogóle jest ta instytucja? Przychodzi taki raz na miesiąc do mieszkania, pogada chwilę z rodzicami, i to wszystko. W skrajnych przypadkach poprawczak.

Wszyscy mówią, że trzeba wychowywać, resocjalizować. Kiedy słyszę takich ludzi, to wiem, że kompletnie nie wiedzą, o co chodzi w tej dziedzinie. Spotkania z Policją, pogadanki, rozmowy indywidualne. Którego dzieciaka wykazującego objawy demoralizacji to obchodzi? Trzeba wykazywać się skrajną ignorancją albo dysfunkcją mózgu, żeby wierzyć w skuteczność spotkań osób wypisujących na murach HWDP z Policjantami. Oczywiście szkoły nie wychowują, bo nie mają ani czasu, ani możliwości, rodzice z rodzin patologicznych to inna historia. Więc co zrobić? Powiem Wam ;) Tak, jestem niczym nasz prezydent – znam się na wszystkim.

Za czyny zabronione popełnione przez sprawcę w wieku do 13 lat – odpowiedzialność majątkowa w wysokości pięciokrotności wyrządzonych szkód materialnych i / lub środki wychowawcze takie jak obowiązkowe zajęcia z psychologiem i innymi specjalistami. Do 13 lat można jeszcze dziecko wychować i wykształcić w nim normalnego obywatela. Są to środki „bezinwazyjne”, nikomu jeszcze nie urwało ręki od spokojnego wytłumaczenia co, jak i dlaczego nie w ten sposób. Jeżeli dziecko nie wykazuje poprawy, to w momencie ukończenia 13 roku życia przechodzimy do kolejnego punktu.

Za czyny zabronione popełnione przez sprawcę w wieku od 13 do 18 lat – żółta kartka w postaci dziesięciokrotności wartości wyrządzonych szkód materialnych i kurator. Tym razem nie będzie musiał chodzić za delikwentem krok w krok. Wystarczy, żeby trzymał rękę na pulsie, jeżeli nastolatek wykazuje zauważalną poprawę, to po roku kurator jest odwoływany. Jeżeli poprawy nie widać, a kurator dostaje na przykład zgłoszenia dotyczące tej osoby, to sąd kieruje ją do ośrodka wychowawczego.

Czym jest ośrodek wychowawczy? Na pewno nie tym, co obecny poprawczak. Koniec z Play Station, bilardem i opieprzaniem się cały dzień. Porządek, dyscyplina, żadnych rozrywek i udogodnień dla osób niewykazujących chęci zmiany. Pełna gama prac społecznych niczym na amerykańskich filmach, gdzie więźniowie w upale kopią rowy pod strażą uzbrojonego wartownika. Czyszczenie ulic, zamalowywanie graffiti na pociągach i budynkach, proste prace budowlane na przykład przy tworzeniu autostrad. Oprócz tego coś, co karą nie jest. Dla chcących wykorzystać czas pobytu w ośrodku – nauka wybranych przedmiotów takich jak język angielski czy inny obcy, kursy zawodowe. Dla szczerze wyróżniających się redukcja prac, udogodnienia, przyjemności. Do tego wszystkiego marzę o „wychowaniu patriotycznym” tak aby delikwenci zaczęli rozumieć, o co chodzi w tworzeniu społeczeństwa.

Na inną opowieść pozostawiam fakt, że uwzględniłem tu tylko szkołę podstawową jako obowiązkowy etap edukacji, konsekwentność i stanowczość sądów w wymierzaniu kar oraz sprawny aparat policyjny niewahający się przywalić pała po zębach, gdy następuje taka konieczność.

Porządni obywatele i ci, którzy się pogubili, lecz chcą się poprawić, nie mają się czego bać. Jednostki aspołeczne są eliminowane szybko i skutecznie.

Taka jest moja koncepcja.

Jazda na podwójnym gazie

Nie, ja po pijaku autem nie jeżdżę. Może dlatego, że nie mam ani auta, ani prawa jazdy ;) I na razie nie mam potrzeby wchodzić w ich posiadanie. Jednak są ludzie, dla których jazda po kilku głębszych jest jak najbardziej dopuszczalna. Oświecone teorie godne mądrości Korwina-Mikke zostały przeze mnie dostrzeżone na pewnym forum. Spłodzone zostały przez osobę niepełnoletnią, myślę, że mającą około 15 lat. Fakt ten okaże się niezwykle istotny w kontekście jej wypowiedzi. Więc posłuchajmy, co na ten temat uważa przedstawicielka kwiatu polskiej młodzieży:

Ja piratem drogowym NIE nazwę nigdy człowieka, który jedzie po pijanemu, ale wie, ze nie spodowuje żadnego wypadku, bo jeździ na tyle dobrze, że alkohol nie utrudnia mu prowazdenia pojazdu

Przeczytałem to i przerwałem lekturę. Nie, to nie był żart, to jest faktyczna opinia. Patrzyłem na to i czytałem ta wypowiedź po kilka razy. Czy Robert Kubica po kilku kielichach może jeździć legalnie po drogach? W końcu mało kto ma umiejętności pozwalające mu na jazdę bolidem z zawrotną prędkością. Czy to oznacza, że Robert nie spowodowałby nigdy wypadku po wódce?

Tak samo nie nazwę piratem drogowym nigdy człowieka, który przekracza prędkość, ale jest pewien, ze nie spowoduje wypadku.

Ja jestem pewien, że nie spowoduję nigdy wypadku, Dawajcie mi jakieś fajne Porsche, lecę poszukać jakiejś prostej drogi.
Zgroza!

Mój tata jeździ bardzo dobrze, a nie zapina pasów, wiele razy juz zdarzyło mu się wracać z jakiejś imprezy samochodem po pijanemu i prawie zawsze przekracza prędkość. I mimo, ze długo już jeździ samochodem, to jeszcze NIGDY nie spowodował wypadku.

Niech żyją autorytety! Jedni naśladują Jana Pawła II, drudzy Lecha Wałęsę, inni Kononowicza a jeszcze ktoś inny uważa za wzór do naśladowania pijanego ojca przekraczającego prędkość. I tu nie chodzi o to, że takich ludzi powinno się eliminować z dróg od razu. Tu chodzi o to, że córeczka uważa takiego ojca za kogoś, kogo można naśladować. Tak wychowuje się nowe pokolenie potencjalnych zabójców.

Dla mnie piratem drogowym jest osoba, która źle jeździ bądź wcale nie umie. Chce zaszpanowac, ale nie umie tego zrobić.
Na drodze bardziej się liczą umiejętności kierowcy, niż to czy przekracza prędkość czy jest pijany.

Czy to warto komentować?

W mieście, w którym mieszkam to mój tata zna policjantów i nawet jak zatrzymają i zobacza, ze to mój tata to bez sprawdzania puszczają dalej.

Absolutna perełka. Ja wiem, że korupcja to w Polsce nic nadzwyczajnego, ale żeby to było dla kogoś normalne jak zjedzenie śniadania?

Ktoś tu nie rozumie kompletnie jak działa alkohol na organizm. Ludziom myślącym chyba nie trzeba tego tłumaczyć. Zasadniczo miałem napisać tu długa przemowę, jednak po kolejnym przeczytaniu tych teorii nie jestem w stanie. Jestem tak zdegustowany, że te przykłady zakończę tylko kilkoma liczbami. Wam pozostawię tą postawę do przemyślenia, będzie to lepsze niż moja opinia, która jest powtórzeniem tego, co od lat mówią policjanci.

Polska 2005:
- 48049 wypadków drogowych.
- 5427 ofiary śmiertelne.
- 61107 osób zostało rannych na tyle poważnie, że wymagało hospitalizacji.

Czas w tym kraju coś zmienić

Ludzie narzekają na otaczającą ich rzeczywistość. Politycy to idioci, dookoła korupcja, Policja nic nie robi, lekarze olewają pacjentów, gówniarze przesiadują na ławkach pod blokami i napadają przechodniów, chuligani niszczą ławki w parkach i nie ma gdzie usiąść. Fakt, z większością zarzutów jakie słyszę trudno się nie zgodzić. Jedyne co boli, to fakt, że większość narzekających nic nie robi. Nie pójdzie na wybory bo jego głos i tak nic nie zmieni, a potem opluwa tych co wygrali. Narzeka na syf na ulicach ale sam swoją okolicę traktuje jak darmowy śmietnik. Oczywiście nie wszyscy, jednak zdecydowana większość woli narzekać niż coś zmienić. Wygodne? Jasne, że tak.

Pewnie po głowie chodzi Wam teraz jedna myśl: „A ty coś zrobił żeby też narzekać?”. Ja? Poszedłem na wybory to chociaż mogę na naszych polityków pluć ile mogę ;) A tak poważnie to nie zrobiłem nic. Tak, biję się pierś. Jednak dostrzegam potrzebę jakiś zmian. Nie mówię tu o przejęciu władzy w kraju za pomocą zamachu. Nie, nie znam się na ekonomii czy zawiłościach służby zdrowia. Ba, nie mam ludzi, którzy się na tym znają. Ale mogę zrobić coś co nie wymaga umiejętności, których i tak większość posłów nie posiada.

Mogę zrobić coś lokalnego. Zmotywowała mnie do tego moja Rada Osiedla. Na innych osiedlach co chwila się coś dzieje. Nie, nic wielkiego, jedna rada organizuje ognisko dla mieszkańców, druga rewitalizuje stary park czyniąc z niego centralny punkt dzielnicy. Jeszcze inna prowadzi zajęcia z obsługi komputera dla ludzi starszych. Gdyby zebrać takich pomysłów kilka, w jednym miejscu, można by zaktywizować społeczeństwo. Pchnąć je do działania, pokazać mieszkańcom, że można coś zdziałać, stworzyć lokalne społeczeństwo obywatelskie. Gdyby coś takiego wypaliło, gdyby był to impuls dla innych, to efekt mógłby być zdumiewający. Więc dlaczego nie spróbować? Może dlatego, że pierwszą przeszkodą jest wspomniana przeze mnie już Rada Osiedla. W mojej dzielnicy zasadza się ponoć na ploteczkach, kawie i ciasteczkach kliki znającej się z lokalnej parafii.
Biorąc pod uwagę moje 20 lat na karku (tak, wiem, szczyl jestem), przyjmując, że dobrze pamiętam ostatnie 5 lat (bo pamięć moja wyśmienita nie jest) to mogę mieć opinię o tym co się tu dzieje. A w zasadzie o tym co mogłoby się dziać a się nie dzieje. Bo nie dzieje się nic. Wielkim sukcesem jakim chwali się Rada jest… namówienie Ratusza do przystrojenia małego placu w centrum dzielnicy na święta Bożego Narodzenia 2007 :/ O ile to jest śmieszne w tym momencie, to powala sierpowym w czaszkę i rozkłada na deskach niczym młody Andrzej Gołota fakt, że miasto robi to co roku, co w efekcie prowadzi do konkluzji, że Rada wywalczyła dodatkowe kilka światełek na choinkę.
Oczywiście oddajmy Radzie co jej – co roku dostaje 60 tysięcy PLN na remonty dróg w dzielnicy. Chyba na chybił trafił wybiera ulice do remontu przez Miejski Zarząd Dróg. Ale OK, gdyby nie wydali całej sumy to pewnie by stracili stołki, nie dziwota, że to robią.

Więc co teraz? Czyżby pierwsza przeszkoda nie do przeskoczenia? Nie, gdzieżby. Pierwszy punkt planu obejmuje wycieczkę na dyżur do Rady Osiedla. Wejdę i zapytam prosto z mostu: „Przepraszam, co państwo zrobili dla tej dzielnicy przez ostatni rok?”. Chętnie posłucham odpowiedzi. Gdyby przedstawiono mi imponującą listę działań byłbym skłonny uderzyć się publicznie w pierś i przeprosić Radę. Myślę jednak, że zostanę za to wyrzucony za drzwi, w najlepszym wypadku zapadnie niezręczna cisza.
Współpraca z Radą może okazać się niemożliwa. Może to i lepiej? Można zacząć działać na własną rękę. Czemu nie znaleźć kilku zapaleńców w okolicy chcących poświęcić kawałek swojego wolnego czasu? Na początek projekty nie są wielkie i trudne, oto kilka prostych pomysłów:

  • Renowacja parku i pomnika. Park w mojej dzielnicy trudno nazwać parkiem. Kawałek zieleni z drzewami. Połamane 6 ławek, rozpadające się kosze na śmieci, ścieżki z płyt wystających pod każdym możliwym kątem. Tu akurat trzeba wsparcia Rady przy przepychaniu pomysłu w Urzędzie Miasta. Wytyczenie nowych ścieżek z kostki brukowej wśród drzew, więcej ławek w całym parku a nie tylko z jednej jego strony, więcej koszy na śmieci. Park jest obok malutkiej szkoły więc można ustawić tablice opisujące drzewa parku, w końcu często bywają tu dzieci z rodzicami po jarzębinę i kasztany. Do tego renowacja pomnika – na cokole ledwo widać literki, co tam pisze nie jestem w stanie rozszyfrować. jeden podobny projekt już się Bielsku udał, więc czemu nie teraz?
  • Okazjonalne wystawy w Domu Ludowym. Pokazy zdjęć lub innych rzeczy z okazji na przykład 11 Listopada to nie jest coś wielkiego. A na pewno by się przydało, może jakaś szkolna wycieczka z podstawówki?
  • Zbiórka książek dla biblioteki i bibliotek szkolnych. Żadna biblioteka chyba nigdy nie narzeka na nadmiar książek. Ta dzielnicowa jak i szkolne – w mojej dzielnicy jest podstawówka i gimnazjum. Sam pamiętam, że często brakowało lektur.
  • Ognisko. W Bielsku Rada Osiedla Straconka organizowała ognisko dla mieszkańców. Ciekawa inicjatywa, ponoć ludzie dopisali. A jak to musi integrować społeczność.
  • Wytyczenie ścieżek rowerowych. Lub nieformalnych tras po dzielnicy. Chyba nie trzeba tłumaczyć jak w naszym kraju tego brakuje.
  • Dla Rady Osiedla: konkurs na logo Rady, na przykład w szkołach, wystawienie tablicy ogłoszeń (tak, ta Rada jej nie ma!) oraz stworzenie adresu e-mail do kontaktu z mieszkańcami.

To taka skromna lista mniej lub bardziej wykonalnych projektów. Jak widzicie niektóre z nich można zrealizować w pojedynkę, do niektórych potrzeba wsparcia. Jednak żaden z nich nie jest poza zasięgiem zwykłego obywatela. Oczywiście może to być początek jakiś większych akcji, można na tym poprzestać. Byleby pokazać, że coś można zrobić.

Co może być kolejnym krokiem? Odległym ale jednak, czemu nie puścić nieśmiało wodzy fantazji? Dobrym pomysłem byłoby kiedyś stowarzyszenie. Opierałoby się na lokalnych oddziałach, na poziomie dzielnicy lub podobnej wielkości terytorium. Ale o tym można myśleć jeżeli wypaliłoby kilka lokalnych inicjatyw.

Ja szykuję się na spotkanie z Radą Osiedla.

Przestępców nie gonić, pogrozić palcem

Kilka dni temu natrafiłem na informację „Nocna strzelanina na warszawskim osiedlu„. Historia standardowa, kobieta z buzującymi we krwi dwoma promilami przemyka przez ulice Warszawy. Policjanci chcą ją zatrzymać, ta przyspiesza, zaczyna się pościg. Kobieta ignoruje znaki, światła, wezwania funkcjonariuszy do zatrzymania się. Na blokadzie, co w Polsce nie jest nowością, próbuje rozjechać policjanta. Stróże prawa wyciągają broń, opona idzie w strzępy, damski odpowiednik Roberta Kubicy w końcu zatrzymuje swój bolid.

Tylko po o tym pisać?

Ano po to, że wspomniany artykuł został już zaktualizowany. Niestety przy aktualizacji umknęła, dla mnie najistotniejsza część, która była tam kilka dni temu. Nie spodziewałem się tego, więc zacytuję mieszkańca dzielnicy na której odbywał się pościg z głowy, sens zostaje zachowany:

To oburzające, że policja urządza pościgi w zamieszkałym terenie, tu mieszkają ludzie, ktoś mógł zostać ranny

A nawet jeśli nie ten cytat to kolejny, tym razem komentarz pod newsem, może ktoś sobie jaja robi ale oddaje pewne opinie części społeczeństwa:

Wszelkie pościgi powinny być w zasadzie zabronione! Policja ma
wystarczającą ilość sprzętu i łączność aby ściganego zatrzymać od
przodu i nie narażać niewinnych ludzi! Strzelanie z jadącego
samochodu jest zbrodnią! Wiadomo że szansa na celny strzał jest
znikoma, za to można trafić bezpośrednio lub rykoszetem postronne
osoby. Obawiam się że nasza policja wzoruje się na modelu
amerykańskim, tam każdy obywatel może mieć przy sobie broń, ale u
nas szansa na napotkania uzbrojonego obywatela jest niewielka. To
policjanci mają narażać swoje życie i zdrowie w obronie spokoju
obywateli, a nie chronić swoje bezpieczeństwo ryzykując zdrowiem i
życiem podatników!

Cóż, chyba czas na krótki komentarz. Jak widać punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdy Policja goni kogoś po dzielnicy to ludzie oburzają się, „przecież ja tam mogłem stać!”. Gdy ktoś ukradnie rower z piwnicy to ludzie chcieliby wzywać SPAP, śmigłowce, najlepiej zrównać dzielnicę z ziemią aby odzyskać swoje dwa kółka. Ludzka przewrotność jest porażająca. Jak widzimy każdy atak na służby mundurowe jest OK, nikt nie pomyśli trochę dłużej.

Dzielny internauta mówi, że pościgi powinny być zabronione, przecież można zadzwonić do kolegów i zrobić blokadę poza miastem, w szczerym polu. Dowiadujemy się, że policjanci strzelający z auta to zbrodniarze, ba, mogą w ten sposób kogoś trafić. Jak żyje te kilka lat na tym świecie to się jeszcze nie spotkałem z sytuacją żeby policjanci zastrzelili nie tego do kogo strzelali. Obrońca społeczeństwa zapomina też, że im krótszy pościg tym lepiej. Czy lepiej pozwolić komuś pijanemu przejechać 20 kilometrów miasta chodnikiem i zatrzymać go poza rogatkami, czy strzelić w oponę i zatrzymać go choćby na tej samej ulicy? Ryzyko, że ktoś wpadnie pod takie auto na długości Warszawy jest o wiele większe, niż to, że zabłąkana kula trafi kogoś na osiedlowej uliczce, tym bardziej, że policja nie strzela gdy są przypadkowi ludzie dookoła.
Owy osobnik stwierdza też, że strzały są niedopuszczalne gdyż Polska to nie USA i mało który bandyta może odpowiedzieć ogniem. Ale co to za argument? Czy pijany uciekinier za kierownicą jest mniej niebezpieczny dla przechodniów niż ktoś rabujący warzywniak z pistoletem w ręku?

Tak, dla mnie ludzie prezentujący taki pogląd są dziwni.

Romski problem

Parę dni temu Dziennik opisał sytuację romskich uczniów w polskich szkołach („Segregacja klasowa”). Problem do opisania jest prosty. Dzieci romskie mieszkają w Polsce, idą do szkoły w wieku 7 lat. Do tego czasu nie uczą się języka polskiego na tyle, aby rozwiązać napisany po polsku test w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Przytoczony przykład Bartka pokazuje, że dzieci romskie „wykładają się” na najprostszych pytaniach (pomimo, że akurat Bartek znał odpowiedź). Dziecko takie trafia do szkoły specjalnej. Tworzone są też specjalne klasy romskie.
Dzisiaj czytam („Klasy romskie do likwidacji”), że minister edukacji chce zlikwidować klasy romskie.

Czas się zastanowić na jakiej podstawie dzieci romskie w polskich szkołach mają być uznawane za dwujęzyczne. Dlaczego mają być pod jakąś specjalną ochroną?

Dzieci idą do szkoły w wieku lat 7. Nie za bardzo rozumiem, co się musi dziać w takiej społeczności, że dziecko w takim wieku nie jest pewne czy widzi konia czy psa. Romowie zdecydowali się na osiedlenie w Polsce a teraz chcą, aby Polska dostosowała się do nich. Coś tu jest nie tak. Jakiego języka te dzieci uczą się zanim pójdą do szkoły? Rodzice jeśli chcą posyłać dziecko do polskiej szkoły, powinni zadbać żeby chociaż mówiło po polsku. Od czego są przedszkola? Nieobowiązkowe ale na pewno można takie zorganizować dla dzieci romskich 3 – 6 z naciskiem na naukę podstaw języka polskiego. Są romscy wolontariusze mający pomagać takim dzieciom. To Romowie powinni zrobić wszystko aby zaaklimatyzować się w Polsce a nie żeby Polska dostosowywała się do Romów.

Oczywiście wiemy jaka ta społeczność jest. Bieda, permanentne żebranie, dziwne obyczaje, mała chęć asymilacji ze środowiskiem. Często warunki w jakich żyją urągają wszelkim normom. W teorii zmusza ich to do żebrania. W centrum Bielska nie ma przejścia podziemnego, którego nie okupowałaby jakaś romska kobieta z dzieckiem. Przypuszczam, że praca się ich nie trzyma, a raczej oni pracy. Wiadomo też jak się kończy chęć kupienia na przykład bułki zamiast pomocy finansowej. Tak samo asymilacja, w moim mieście są obszary gdzie żyją tylko Romowie. Osobiście jakoś nigdy nie wybieram drogi na spacer po zmroku przez te tereny.

Mówiąc krótko – z Romami jest w Polsce problem. Nie mówię, że ze wszystkimi ale obraz tej społeczności jest dość wyraźny. Klasy romskie do likwidacji to dobry pomysł, pierwszy krok do normalności a nie obchodzenia się z Romami jak z jajkiem. Równe prawa dla Polaków i Romów to nie przejaw faszyzmu co mi ktoś zaraz zarzuci. To normalność.