Archiwum dla 'Różności'
Pytoza
napisane Kwiecień 27, 2009, 21:45, w Różności.
Od razu odpowiadam na Wasze pytanie: nie mam pojęcia, co to jest „pytoza”, w dodatku niespecjalnie mam zamiar wiedzieć. Zakładam, że nie jest to nic specjalnie inteligentnego ani na wysokim poziomie.
Ogólnie rzecz biorąc, to dostałem spamowatego maila o tej treści:
Dotąd zastanawiam się, czy niżej upadli fani „pytozy”, czy osoby nakręcające jej popularność.
Dedalus.pl – naprawdę tania książka
Książki lubię. Ba, książki to taka moja pasja, której nie mogę realizować z powodu kryzysu finansowego ciągnącego się za mną od wielu lat
Oczywiście w bibliotece w mojej dzielnicy wyczyściłem chyba wszystko, co mnie interesuje.
To hobby łączy się w moim przypadku z masą złości i nerwów. Każda wizyta w bielskim Empiku na nowo podnosi mi ciśnienie. Przemierzam półki z książkami i spoglądam na ceny, 65 PLN, 40 PLN, 29,95 PLN. Gdybym chciał kupić wszystkie z książek jakie chce przeczytać, musiałbym zapewne sprzedać nerkę i lewe płuco.
Szczególnie wrażliwy jestem na dział z książkami historycznymi. Książki niegrube i często niewielkie potrafią w dziwny sposób być drogie tak samo, jak pokaźne tomy książek kucharskich lub przepisów babci Genowefy. Że też moim hobby nie jest gotowanie…
Tak czy inaczej, cytując klasyka: „moje serce się uśmieszyło”. W internecie znalazłem księgarnię Dedalus.pl. Księgarnia z tanimi książkami to coś, na co czekałem. Książki są nieużywane, ich niskie ceny wynikają z faktu, że czasem mają już kilka lat, czasem są to końcówki serii czy nakładu. A ceny są naprawdę niezłe. 30 – 50% taniej niż w stacjonarnej lub internetowej księgarni. Wystarczy wspomnieć, że „Prawo międzynarodowe”, którego autorem jest Malcolm N. Shaw, zakupiłem za 25 PLN, podczas gdy gdzie indziej zapłaciłbym, uwaga, 105 PLN! Oto porównanie:
Malcolm N. Shaw: „Prawo międzynarodowe” w Empik.pl – 105 PLN.
Malcolm N. Shaw: „Prawo międzynarodowe” w Dedalus.pl – 25 PLN.
Zamówienie złożyłem w środę rano, w poniedziałek dostałem awizo od mojej ukochanej Poczty Polskiej. Książka dotarła zapakowana w kopertę bąbelkową, oczywiście w stanie idealnym (książki, jak i całości przesyłki). Jako bonus dostałem książeczkę „Krotochwile i maksymy imć Pana Zagłoby”
Książka czyściutka, w stanie idealnym jak z księgarni naziemnej, żadnych zagięć czy tym podobnych niespodzianek. Oczywiście ta jest z 2006 roku, jeżeli kupimy książkę z 1960 roku, to 50 lat leżenia w magazynie raczej odciśnie na niej jakieś ślady. Na szczęście przy prawie każdej pozycji podany jest rok wydania, aby oszacować jej stan.
Księgarnia ma chyba jedną wadę – wybór. Musimy być szczerzy, nie są to setki tysięcy książek. Myślę jednak, ze za takie ceny (zaczynają się od 2 PLN) każdy coś dla siebie znajdzie.
Księgarnia posiada też tradycyjne punkty sprzedaży, znajdziemy je w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Częstochowie oraz Bielsku-Białej.
Szczerze polecam, bo rzeczy naprawdę dobre warto propagować.
Co to jest „briefing” do cholery?
Kiedyś już zastanawiałem się co to jest „pijar”. Ale Kyrie elejson, czy plugawienie języka polskiego musi postępować tak szybko i w tak kretyński sposób?
Tym razem jakiś liżący tyłki pracownik TVP postanowił przypodobać się swojemu szefowi. Podczas konferencji Zbigniewa Chlebowskiego zobaczyłem podpis „Briefing Zbigniewa Chlebowskiego”. Krew się we mnie zagotowała, znowu wszystkie członki zrobiły się miękkie. No co to jest do cholery ten „briefing”? Po angielsku to ja rozumiem ale w języku polskim niestety nie znam jeszcze takiego słowa.
Tak w ogóle co na to ustawa o języku polskim? Przecież to jest jakiś skandal. Kiedyś była konferencja prasowa, teraz jest briefing. Gdybym był prokuratorem to bym TVP Info rozgromił z urzędu.
Jeszcze kilka takich przypadków i zacznę pisać do KRRiT, rzecznika praw obywatelskich, Strasburga, premiera, prezydenta i kogo będę mógł. Przecież z głupotą trzeba walczyć w zarodku.
Początek końca monopolu Poczty Polskiej?
Poczta Polska to podmiot, na temat którego chyba każdy ma wyrobione zdanie. Namiętne słowa pod adresem państwowego monopolisty padają szczególnie w okresie świątecznym. Można powiedzieć, że Poczta Polska jest jak drogowcy, co roku zaskakują ją święta Bożego Narodzenia. Co prawda zima jest w tym roku dla polskich dróg dość łaskawa, jednak od pewnego czasu święta wypadają zawsze pomiędzy 24 a 26 grudnia. Powiem więcej, nawet wakacje czy Wielkanoc da się przewidzieć. Logistycy PP jednak jak co roku drapią się w głowę zastanawiając się, jak to możliwe, że pracownicy znowu nie nadążają z segregacją i obrotem przesyłek.
Kapitał właśnie na takich sytuacjach próbują zbić firmy prywatne. Nie wątpię, że one też mają problemy ale raczej nie na taką skalę. Na rynku swoje miejsce znalazł na przykład InPost. Firma tańsza, solidniejsza i szybsza niż Poczta Polska. Firma, która przyłożyła się do tytułowego początku końca monopolu.
Poczta Polska obsługuje niemal wszystkie firmy państwowe w Polsce, zresztą prywatne również. Rachunki, wyciągi, ponaglenia i pogróżki przynosi właśnie listonosz PP. Dlatego sporym zaskoczeniem było dla mnie wyciągniecie ze skrzynki rachunku od Telekomunikacji Polskiej z blaszkami InPostu. Nie wiem czy w całej Polsce TP przerzuciło się na InPost, ale byłby to widoczny cios dla monopolisty, w końcu TP jest dość popularną firmą, wiadomo ile musi wysyłać co miesiąc rachunków. Pomimo że InPost nie dociera do całej Polski, współpraca z TP powinna być dla niego znaczącym sukcesem. Jeżeli inne firmy także wybiorą ten sposób oszczędzania, Poczta Polska może mieć niemałe kłopoty.
W ramach ciekawostki: do listów przenoszonych przez InPost dołączane są dwie blaszki z wybitymi na nich danymi InPostu. Dlaczego? Blaszki dociążają przesyłkę tak, aby ważyła więcej niż 50 gram. Wedle prawa tylko Poczta Polska może przesyłać listy do 50 gram za normalną cenę, prywatni operatorzy za listy poniżej tej masy muszą brać większą opłatę. Taki wolny rynek po polsku. Dla zainteresowanych artykuł w serwisie Biznes.Interia.pl: „Wojna o tajemnicze blaszki„. W ramach ciekawostki do ciekawostki: jeżeli zbierzemy odpowiednią ilość blaszek, możemy wymienić je na długopis, smycz do kluczy, kubek lub maskotkę strusia
Co to jest „pijar” do cholery?
W Polsce przyjął się „pijar”. Jest to jakiś językowy koszmar – dziwne zniekształcenie skrótu z języka angielskiego: PR czyli public relations. Pierwszy raz zetknąłem się z tym jakoś niedawno, oczywiście jest to zasługa naszych „polityków”. Każdy rzuca czarnym pijarem na lewo i prawo. Wiemy już, że każda afera to wynik czarnego pijaru przeciwników. Szkoda tylko, że jesteśmy w Polsce a nie w USA czy w Wielkiej Brytanii.
Przed chwilą widziałem w telewizji posła Putrę, za przeproszeniem, pieprzącego o czarnym pijarze. Już mnie szlag trafia jak to słyszę. Nie z powodu zrzucania wszystkich win na niewidzialną rękę niewidzialnych mścicieli, ale z powodu maltretowania języka polskiego. Ja rozumiem, że przyjął się komputer, toster, skaner i wiele innych obcych słów. Ale czy naprawdę musimy na siłę wymyślać jakieś pijary? Może posłowie PiSu, z których ust słyszę o nim najczęściej, starają się rozpętać jakąś kampanię aby przyciągnąć młodzież do partii? W końcu „pijar” to prawie to samo co „cool” i „dżezi”.
Nie wiem po co jadą po całości z angielszczyzną ale już mnie to drażni. Tyle chciałem napisać w przypływie emocji po obejrzeniu telewizji.


