Archiwum dla 'Lekkość myśli'
Rzeczpospolita Jana Pawła II
napisane Czerwiec 3, 2009, 22:14, w Lekkość myśli.
Okres kampanii wyborczej to wspaniały czas. Powstają nowe chodniki, dowiadujemy się o tym, jak już niedługo będzie wspaniale, bandyci, alkoholicy, złodzieje i kłamcy stają się głęboko wierzący a polityków można nawet spotkać w swoich biurach poselskich. Zaiste, dziwny to czas.
W srogim błędzie jest jednak ten, który odbiera politykom resztki inteligencji. Nie tylko bezpośrednio przed wyborami doznają oni cudownej przemiany. Ich szare komórki kombinują przez cały rok. Nawet oni wiedzą, że swoją pozycję należy wyrabiać nieustannie. Dziś zboże wysypane na tory oznacza kolegium, jutro po tym zbożu można będzie dostać się do Sejmu. Kilka wypitych kieliszków może pozostawić w świadomości ludzi wizerunek „równego chłopa co nasz jest”.
W naszym kraju najlepiej być wierzącym. Katolikiem oczywiście. Można wtedy przez cały rok podkreślać jak bardzo dba się o rodzinę, licytować się kto więcej razy bywa w kościele, kto ma zdjęcie z papieżem a kto tylko z biskupem. Obowiązkowo trzeba przypominać też nauki Jana Pawła II, nieważne czy się je zna, wspomnieć wypada. Jakiż to elektorat można wtedy zdobyć! Twardy, stały i niezmienny. Jeszcze tylko wizyta na radiowej antenie z bożą pomocą i sukces murowany.
Czy może być lepsza okazja do demonstracji swoich przekonań religijnych niż trzydziesta rocznica pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski? Można to splatać z rocznicą wyborów do sejmu kontraktowego w telewizyjnych spotach. Czemu by nie odsłonić kolejnego pomnika papieża, najlepiej w sejmowej kaplicy. Można też nazwać nowy most budowany w stolicy imieniem największego Polaka od czasów Bolesława Chrobrego. W końcu za kilka dni wybory.
Obecnie w naszym kraju imienia Jana Pawła II nie mają jedynie szalety miejskie (jeszcze?). Papież Polak jest czczony przez ulice, aleje, skwery, ronda, mosty, setki pomników, popiersia, pociągi, szkoły, tablice pamiątkowe, krzyże, ołtarze, obeliski i setki innych rzeczy, o których strach nawet myśleć. Ja rozumiem, że Polska puka od dawna do drzwi państwa wyznaniowego, w którym de facto od dawna Kościół sprawuje spora część realnej władzy (bo kto odmówi racji proboszczowi, który z ambony wskazuje na kogo głosować?). Ja rozumiem, że dla wielu Jan Paweł II był postacią wybitną jak rzadko kto, rozumiem że się go ceni, bo ciskał gromy na PZPR, czym wydatnie obalił komunizm. Wiem, że był sympatyczny, zażartował i tak dalej.
Ile jednak można chwalić się zdjęciami z audiencji u niego? Ile jeszcze ulic i pomników powstanie w Polsce aż społeczeństwo się opamięta? Jaka postać ma więcej pomników w Polsce? Ryzykuję stwierdzenie, że żadna. Ciekawe czy doczekam czasów, gdy przedostając się na drugi koniec miasta, będę jechał ulicą Jana Pawła II, przejadę przez jego rondo, skręcę w jego aleję, po czym wjadę na most jego imienia.
Czy mało jest innych osób, organizacji i wydarzeń do upamiętnienia? Nie, jednak nie są one tak medialne, jak papież. Prawdziwy katolik zagłosuje na posła, który ufunduje pomnik Jana Pawła II, a nie tablicę pamiątkową ku czci Narodowych Sił Zbrojnych.
Ze wszystkim można przesadzić. Papież miał swoje zasługi, ale nie ulegajmy paranoi. Masa Polaków w naszej historii była od niego dużo ważniejsza, jednak jak tu zbić kapitał polityczny na Legionach Polskich we Włoszech?
Nie widzę nic złego w uczczeniu papieża tablicą, pomnikiem czy nazwą ulicy. Hipokryzji nadającej jego imię wszystkiemu, czemu tylko można, w imię wyciągnięcia na pokaz swojego przybrudzonego katolicyzmu, mówię stanowcze nie.
49 województw
napisane Maj 10, 2009, 16:37, w Lekkość myśli.
Na krótką refleksję natchnęła mnie dzisiejsza „impreza” odbywająca się w Bielsku-Białej. Tak lubiani w moim mieście ludzie z Katowic wykazali się ogromnym tupetem, większy to chyba tylko na jednym końcu targu konia ukraść, a na drugim sprzedać.
Przeczytałem dziś, że TV Silesia oraz Fundacja Rozwoju Miasta Bielsko-Biała (!) połączyły siły, aby pod patronatem Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego, uczcić wielce radosne dla Bielszczan dziesięciolecie likwidacji Województwa Bielskiego i przyłączenie nas do Górnego Śląska. Na małym zatęchłym placyku wystąpią regionalne gwiazdy pokroju „Hanys Bynd”. Pewnie osoby za imprezę nie są zbytnio rozgarnięte, więc podpowiadam: sprowadzanie „hanysowskich” zespołów w celu „świętowania” czegoś, za co wielu Bielszczan patrzy z wrogością na Górny Śląsk to… nietrafiony pomysł. To tak jak przyjść do sąsiada, przywalić mu w mordę i wyciągnąć flaszkę najtańszej wódki, żeby to oblać.
Dzisiaj mamy 16 województw zamiast 49. Podział kraju obecnie jest trzystopniowy, najwyższa jednostka to województwo, poniżej powiat a na samym dole gmina. Warto przypomnieć, że przed 1 stycznia 1999 powiaty nie istniały. Województwa dzieliły się na miasta i gminy. Dziesięć lat po reformie administracyjnej miło byłoby rozpocząć dyskusję o podziale administracyjnym kraju.
Możecie stwierdzić, że jestem nieobiektywny, w końcu Bielsko to jedno z najbardziej niezadowolonych miast, jeśli chodzi o nowy podział. Zostawmy jednak kwestie osobiste i pomyślmy o reszcie kraju. Częstochowa ma identyczny problem jak Bielsko, od czasu do czasu słyszymy o żądaniach utworzenia siedemnastego województwa – częstochowskiego. Nad morzem identyczne chęci przejawia Słupsk i Koszalin. Sporo miast pomimo swojego znaczenia czy potencjału zostało przydzielonych „pod opiekę” większych ośrodków. Nietrafiony podział pokazuje porównanie miast. Moje Bielsko jest większe powierzchniowo i ludnościowo niż wojewódzki Rzeszów. Przykładowy Radom bez przeszkód postawimy obok Torunia.
Według mnie Polska powinna dążyć do decentralizacji. Oczywiście nie na wzór stanów w USA lub landów w Niemczech, żadnych lokalnych parlamentów, własnego prawa, skarbu itd. Decentralizacja powinna polegać na zwiększaniu przepływu pieniędzy z budżetu krajowego do poszczególnych budżetów lokalnych. Szkolnictwo, Policja, opieka zdrowotna powinny być przekazane samorządom. To one powinny ustalać wynagrodzenia dla nauczycieli, policjantów, decydować, jaki szpital jest potrzebny w województwie. Oczywiście byłoby to finansowane w głównej mierze z ich własnego budżetu. Im więcej obowiązków dla województwa tym więcej pieniędzy z budżetu centralnego.
Przy okazji zmian administracyjnych można by ograniczyć liczbę „wybrańców narodu”. Wojewoda, zarząd województwa składający się z przedstawicieli każdego powiatu (po jednej osobie). Zarząd województwa miały de facto wtedy około 6 – 7 osób. Zarząd powiatu składałby się z przedstawicieli gmin. Oczywiście, jeżeli założymy, że gminy będą potrzebne. Gdyby je zlikwidowano, każde miasto czy wieś podlegałoby bezpośrednio pod powiat a ten pod województwo. Z gminami czy bez, wpływ mieszkańców województwa byłby znacznie większy na ich otoczenie niż teraz. Gdyby przyjąć, że województwo wiele kwestii pozostawia powiatom, mielibyśmy niemal demokrację bezpośrednią. Każdy miałby realny wpływ na swoją najbliższą okolicę.
Mieszkańcy mogliby w wielu ważnych sprawach głosować poprzez referendum lokalne. Mogliby decydować o podwyżce pensji lekarzom, policjantom, samorządowcom, o zlikwidowaniu lub budowie nowej szkoły itd. Konsekwencje swoich wyborów ponosiliby oni sami – w końcu, jeżeli pieniądze na te cele pochodzą z ich powiatu czy województwa, to de facto sami za to płacą. A każdy chyba wie, co jest dla niego najlepsze.
Tak jest moja wizja. Można mówić, że obecnie jest dobrze. Myślę jednak, że 49 województw to lepsze rozwiązanie. Wystarczy zapytać górala spod słowackiej granicy czy chce dopłacać do śląskich kopalń
Obowiązkowa składka emerytalna
napisane Kwiecień 23, 2009, 20:38, w Lekkość myśli.
Sam nie wiem czemu, jednak przypomniał mi się dziś Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Możliwe, że jest to wynikiem moich rozważań na temat podatków. Zastanawiałem się mianowicie, ile pieniędzy tak de facto zabierane jest nam z pensji brutto. Intrygowało mnie, gdzie konkretnie podziewa się lwia część naszych zarobków. A może bardziej ciekawiło mnie, dlaczego one znikają?
Cały wpis opieram na wiedzy zebranej w głównej mierze ze stron ZUS-u (bo któż byłby bardziej kompetentny niż on?). Jeżeli gdzieś coś źle policzyłem i tym samym zmasakrowałem cały sens notki, to proszę o poprawienie mnie.
Tak czy inaczej, pomijając wszystkie inne podatki i składki, zatrzymuję się na składce na ubezpieczenie emerytalne. Według wszelkich prawideł, jakie znalazłem, wynosi ona obecnie 19,52% wynagrodzenia brutto. Pomijam szczegóły takie jak rozdział na I i II filar, płatność części przez pracownika a części przez pracodawcę itd. Ogólnie moje zniesmaczenie sprowadza się do faktu, który od chyba zawsze denerwuje też sporo osób usposobienia liberalnego, chodzi konkretnie o przymusowość odkładania pieniędzy na emeryturę.
Załóżmy, że zarabiam 2000 PLN brutto. Na samą emeryturę muszę oddać z tego 390 PLN. Jeżeli dodać jeszcze do tego 6% składki na ubezpieczenie chorobowe, czyli 120 PLN to otrzymamy mniej więcej 500 PLN przymusowo odbieranych nam na emeryturę i wynagrodzenie za czas choroby. Pomińmy jednak trapiące nas choroby i skupmy się na naszej egzystencji za X lat.
Przy zarobkach 2000 PLN brutto muszę oddawać około 400 PLN na coś, czego mogę w ogóle nie chcieć. Nie za bardzo rozumiem w ogóle ideę wmuszania ludziom emerytury na siłę. Spadek po socjalizmie? Nasi politycy nadal uważają, że obywatel to bezradne dziecko, które nie potrafi samo o siebie zadbać. Drugim powodem są zapewne zapowiedzi krachu publicznych ubezpieczeń społecznych w Polsce. Nie wiem, w jakim stopniu są one prawdziwe, bo ekonomistą nie jestem, jednak jeżeli im wierzyć to niedziwnym jest pompowanie w system naszych pieniędzy, by podtrzymać go przy życiu.
Według mnie nie możemy utrzymywać takiego stanu w nieskończoność. Polacy nie są głupi, każdy z nas potrafi zdecydować się czy chce wpłacać pieniądze do prywatnego ubezpieczyciela, by potem mieć z tego emeryturę, czy też może woli pieniądze odkładać na jakieś lokaty, czy grać na giełdzie. Jeżeli ma potrzebę to może je przejeść i w momencie zakończenia pracy umrzeć z głodu. To jest wybór każdego z nas, jeżeli ktoś na starość będzie żałował podjętej przez siebie decyzji, to będzie miał pretensje wyłącznie do siebie. Troska o to żeby ktoś się nie rozczarował na starość, nie może zmuszać mnie do niegospodarnego lokowania mojego majątku. Ja chcę moje 400 PLN do ręki i chcę je zainwestować w bardzo długoterminową lokatę o wysokim oprocentowaniu i z tego żyć na starość (bez kokosów, ale jednak). Chcę też część pieniędzy zainwestować na giełdzie w rumuńskie plantacje bananów. I dlaczego mi tego nie wolno zrobić?
Emerytury w ZUS-ie należy stopniowo wygaszać. Ci, którzy zaczęli już płacić składki do ZUS-u, powinni płacić dalej na starych zasadach. Ci, którzy jeszcze nie zaczęli tego robić, powinni być zwolnieni z tego obowiązku, a pieniądze powinny trafiać do ich kieszeni. Kto będzie chciał, skorzysta z obecnego drugiego filaru.
Ktoś jest niezadowolony z tego rozwiązania? Dlaczego?
Ja byłbym wniebowzięty.
Dworce, stacje i przystanki
napisane Luty 28, 2009, 19:50, w Lekkość myśli.
Chyba każdy z nas zna polskie dworce kolejowe. Szczęśliwy ten, kto odwiedził na przykład chlubę województwa śląskiego – subtelna woń moczu i wymiocin delikatnie owiewa ich producentów, podróżnych, bezdomnych oraz różne typy spod ciemnej gwiazdy. Czysta przyjemność pobytu w tym przybytku, polecam szczególnie w nocy. Podobne obrazy zachowane w mojej świadomości pochodzą z warszawskiego dworca wschodniego, z którego odjeżdżałem w kierunku Białegostoku, co prawda jakieś 7 – 10 lat temu, ale jednak. Z tamtych podróży pamiętam też dobrze dworzec z Małkini, gdzie toaleta dla podróżnych nabrała rozkosznego obrazu sławojki z dziurą w podłodze.
Są też pozytywne przykłady. Dworzec główny we Wrocławiu w porównaniu z poprzednimi to niemal hotel z sześcioma gwiazdkami. Dworzec w moim Bielsku, mimo że niekoniecznie gigantyczny też jest czysty i bez meneli – nie widziałem ich tam od czasu, gdy ochrona wywaliła za fraki kilku dżentelmenów chcących odpocząć w środku po alkoholowej libacji.
Dworce są jednak dworcami, w tej notce chciałem kilka słów napisać o stacjach kolejowych. W dobie likwidowania przez PKP kursów jak leci, stają się one dość wdzięcznym tematem dla rozmów, ba, nawet dla wielogodzinnych dyskusji lub monologów.
Stacje kolejowe (de facto przystanki kolejowe) – miejsca gdzie w odróżnieniu od dworców żaden pociąg nie zaczyna ani nie kończy swojego biegu. Miejsca gdzie skład zatrzymuje się na minutę lub dwie w drodze do dworca docelowego. Ofiary płytkiego myślenia ich właścicieli.
Właścicielem tych obiektów w Polsce jest PKP. Firma, która nieustannie jest zadłużona, której jakość usług wzorowana jest prawdopodobnie na kolejach indyjskich bądź somalijskich. Przedsiębiorstwo, którego pracownicy blokują tory, odstraszając pasażerów w imię poprawy jakości usług (a przy okazji zwiększenia sobie pensji za pieniądze owych podróżnych).
Kiedyś zastanawiałem się, dlaczego duże i często dość bogate miasta mają tak ohydne dworce, stacje i przystanki kolejowe. Dopiero po chwili uświadamiałem sobie, że tą kupą gruzów zarządza kolej, która trzyma się ich niczym tonący brzytwy.
Cała infrastruktura tych nieruchomości powinna być oddana darmowo samorządom lokalnym. To właśnie one powinny uświadomić sobie, że chcąc czy nie chcąc, to kolej jest przyszłością transportu. Sieci dróg nie można budować w nieskończoność a ich remonty są dość drogie. Korki raczej też nie sprzyjają efektywnemu transportowi drogowemu. Rosnące ceny paliwa i ograniczenia dotyczące ochrony środowiska wskazują na kolej. Właśnie dlatego lepiej inwestować w lokalną kolej niż np. w PKS (oczywiście bez przesady, nie wszędzie kolej dotrze w odróżnieniu od autobusu). Na zachodzie dość popularny jest model dostarczania towarów koleją, przeładunek ich na miejscu na auta i rozwożenie w odległości maksymalnie powiedzmy 20 km.
Oddanie budynków i ziemi samorządom odciążyłoby kolej, która, tak czy inaczej, musi w jakimś tam stopniu remontować te gruzowiska. Na uczęszczanych dworcach można wynajmować miejsce na kioski czy apteki, pieniądze z wynajmu mogą zasilać choćby samorządową kasę na spółkę z kiesą PKP. Te mniej uczęszczane też znajdą swoją rolę, pod linkiem widok na przystanek kolejowy w mojej dzielnicy (źródło: Wikipedia):
Przystanek kolejowy Bielsko-Biała Komorowice.
Totalnie zdemolowany budynek dawnych kas i poczekalni, dwie sypiące się krawędzie, szczątki ławek. Takich miejsc w Bielsku-Białej jest jeszcze, o ile dobrze liczę, dziesięć. Dwie linie kolejowe przecinają moje miasto w każdym kierunku świata, krzyżując się w centrum. Od kiedy PKP zlikwidowała połączenia z Cieszynem, 4 przystanki oraz cała linia od zachodniej granicy miasta do centrum jest nieużywana, tylko czekać na złomiarzy.
Czemu by nie kupić szynobusu, który nie stałby w korkach, tylko mknął po pustych torach? Stacja początkowa akurat znajdowałaby się przy słynnej fabryce, gdzie wyprodukowano pierwszego w Polsce Malucha
Takie miejsca znajdują się nie tylko w Bielsku. Jeżeli znajdzie się zapotrzebowanie (typu fabryka ze sporą liczbą pracowników) to zainteresowanie tematem będzie. Miejski system kolei mógłby poruszać się też po torach obecnie używanych przez kolej.
Los przystanków mógłby się odmienić w połączeniu ze wprowadzeniem szynobusów. Samorządy zaczęłyby dbać o infrastrukturę. Gdyby dodatkowo wpuścić śmielej prywatne firmy do obsługi ruchu nawet na stosunkowo długich trasach (do 100 km?) pewnie byłyby one chętne do partycypowania w kosztach utrzymania danego przystanku w zamian za reklamy, możliwość otworzenia tam własnych kas itp. Pomysłów jest sporo.
Ogólnie według mnie można coś z tym zrobić. Ba, trzeba. Wystarczy tylko trochę odwagi i chęć zmian.
A dla fanów UPR-u, którzy jedyny ratunek widzą w prywatyzacji wszystkiego łącznie z sobą samym, jeśli by się dało, informacja z Nowej Zelandii, która już kolej prywatyzowała: „Nowa Zelandia nacjonalizuje kolej„.
Wolne podręczniki – jestem na tak
napisane Luty 16, 2009, 00:01, w Lekkość myśli.
Tytuł notki od razu mówi, o czym ona będzie. Wiadomo wszak od dawna, że podręczniki do szkół są drogie. A nie muszą. Darmowe podręczniki w każdym domu!
Wyobraźmy sobie rodzinę w modelu 2+3. Przyjmiemy, że każde z rodziców zarabia 1500 PLN brutto, na rękę wyjdzie wtedy około 1100 PLN. Zaczyna się rok szkolny, dla każdego dziecka komplet podręczników to 250 – 300 PLN. Oczywiście można kupić używane, jednak podręczniki dość często się zmieniają, sam do dziś mam w domu kilka, których nie mogę się pozbyć. A gdyby komplet podręczników kosztował 60 PLN lub można byłoby z niego korzystać za darmo?
Rozwiązaniem są podręczniki na wolnej licencji. Są to książki, w których każdy może dokonać zmian, są dostępne dla każdego bez opłat. Dlatego warto przybliżyć tę sprawę.
Obecnie podręczniki przygotowywane są przez wydawnictwa mniej lub bardziej naukowe, przez nie wprowadzane do obiegu. To wydawnictwa w głównej mierze ustalają ich ceny, wpływają na szkoły i nauczycieli, aby wybierali ich produkty, ogólnie rzecz biorąc – kontrolują rynek.
Kto uczęszczał lub uczęszcza do szkoły po roku 1989, jest rodzicem ucznia lub nauczycielem musiał zetknąć się z obecnymi podręcznikami. Ich komplet jak już wspomniałem, kosztuje sporo pieniędzy. Nauczyciele czasami polecają uczniom zakupić podręcznik nie najlepszy, ale ten, za którego zakup dostaną na przykład podręcznik dla nauczyciela gratis (sytuacja, gdy nauczyciel sam zamawia książkę dla całej klasy, najczęściej z języków obcych). Całkiem często podręczniki zawierają błędy, sam pamiętam sytuacje z błędnie podanym autorem wiersza czy błędną datą historyczną, pozostaje wtedy czekać tylko na wydanie poprawione. Możemy być również pewni, że za jakiś czas obecne podręczniki wyjdą z użycia i zastąpią je inne. Sytuacja mało kusząca.
Wolne podręczniki pozbawione są tego problemu. Wyglądać może to tak: fundacja, stowarzyszenie, grupa osób zabiera się za tworzenie podręcznika. Oczywiście zgodnego z wytycznymi MEN, więc odpadają obawy, że będą tam jakieś herezje, MEN musi zatwierdzić każdy podręcznik. Ludzie ci pracują dzień i noc w małej piwnicy, by pewnego dnia otworzyć jej drzwi i zakrzyknąć „eureka!”. Książka została napisana. Wydana zostaje na wolnej licencji, oznacza to, że każdy może zrobić z nią co chce, pobrać z internetu, wydrukować, oprawić w okładkę i sprzedawać (choć sprzedaż będzie zależeć już od konkretnej licencji) itd. MEN sprawdza ją i zatwierdza. Podręcznik w niczym nie ustępuje komercyjnym odpowiednikom. Każdy może mieć go za darmo, czytając go na ekranie swojego komputera po pobraniu z sieci. Jeżeli chce mieć w wersji papierowej, pobiera z internetu, drukuje lub kseruje od kolegi, koszt to około 8 PLN, jeżeli podręcznik ma 200 stron.
Przewaga nad obecnymi podręcznikami? Przede wszystkim cena. 8 PLN a 40 – 50 to różnica. Kredowy papier i lśniąca okładka to nie są rzeczy niezbędne do nauki. Jeżeli nauczyciel poda, jakie strony podręcznika potrzebne będą na lekcji, można wydrukować konkretne strony, przez co koszt znacząco spada do ceny wręcz symbolicznej.
Znika problem z wyborem podręcznika przez nauczyciela, może on rekomendować książkę firmy X, jednak jej darmowy odpowiednik zawiera te same informacje. Uczeń może kształcić się w domu z darmowego podręcznika, jego kolega z komercyjnego a wiedza będzie ta sama.
Błędy w podręcznikach eliminowane są dużo szybciej. Literówki czy inne problemy nauczyciel, który je wykrył, zgłasza organizacji, która przygotowała podręcznik. Ona nanosi poprawki, MEN je akceptuje, dostępne są od razu w elektronicznej wersji podręcznika. Wystarczy wydrukować sobie jeszcze raz konkretną stronę lub poprawić długopisem
Równocześnie organizacja może na bieżąco dopisywać nowe rozdziały (np. książek do historii) i udostępniać je do druku, książki są zawsze aktualne.
W Polsce od kilku lat zajmuje się tym Fundacja Nowoczesna Polska w ramach swojego projektu Wolne Podręczniki. Pracują nad nimi prawdziwi nauczyciele – wolontariusze. Za darmo. Co prawda projekt istnieje już dwa lata i żadnych rewelacyjnych efektów nie widać, liczy się jednak chęć. W końcu powinno się udać.
W każdym razie należy wspierać tę działalność. Mam nadzieje, że ze kilka lat będziemy już mogli wziąć do ręki pierwszy egzemplarz wolnego podręcznika.
Wspólna Inicjatywa Rozwoju
napisane Styczeń 11, 2009, 13:23, w Lekkość myśli.
W zasadzie miałem napisać o tym na blogu już po starcie i pierwszych sukcesach. Co mi tam, może jednak ktoś skrytykuje albo pomoże już teraz
Swego czasu napisałem na blogu notkę „Czas w tym kraju coś zmienić”, w której wyraziłem swój zapał do zmiany Polski tak mocny, jak zapał Katona Starszego do zniszczenia Kartaginy. Słynny rzymski mówca wszystkie swoje przemówienia zaczynał i kończył słowami „A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć”, Andrzej Lepper na koniec swoich marnych popisów oratorskich grzmiał „Balcerowicz musi odejść!”, mi pozostało więc zmieniać Polskę po cichu, w końcu do Katona się nawet nie umywam, z Lepperem wstydzę się konkurować.
Do rzeczy – kilkoro studentów Stosunków Międzynarodowych zniesmaczyło się otaczającą ich rzeczywistością. Polityka dawno sięgnęła dna i nakryła się mułem a ostatni wielki polski polityk żył 80 lat temu. Każdy walczy z każdym mając dobro ogółu w pewnym miejscu. Kraj jest pełen absurdów, kwitnie korupcja, strach wyjść na ulicę a nawet były premier (czyli druga osoba w państwie) nie zna polskiego hymnu. Marazm i zgryzota.
Zmieniajmy coś więc. Koniec pustych narzekań. Zawiązaliśmy grupę o dumnej nazwie Wspólna Inicjatywa Rozwoju. Ale o co chodzi? O to, aby uświadomić społeczeństwu, że Polska to my wszyscy. Każdy z nas tworzy Ojczyznę a ilu z nas (włącznie ze mną) coś dla niej zrobiło? Wrzucanie głosów do urny, płacenie podatków, OK, ale czy tym powinniśmy się zadowolić? Według mnie nie.
Nasza grupa ma zamiar małymi kroczkami realizować swoje cele:
- wprowadzanie pozytywnych zmian na terenie działania WIR-u,
- inicjowanie akcji charytatywnych i działań o charakterze społecznym,
- wpływ na administrację lokalną i współpraca z nią,
- pobudzenie społeczeństwa do działania,
- promowanie postaw obywatelskich,
- walka z patologiami życia codziennego.
Brzmi ładnie, ale jakie są konkrety? Akcje, akcje i jeszcze raz akcje. W błędzie jest ten który myśli, że do poprawy sytuacji trzeba mieć garnitur i występować w nim pięć razy dziennie w sejmie. Zrobić coś dobrego może każdy z nas. Wszystko zaczęło się od mojego pomysłu renowacji małego parku w mojej dzielnicy. Pomysł został odłożony na później z racji wielkości i niedoświadczenia naszej grupy. Możemy jednak zacząć drobne akcje a w przyszłości je kontynuować. Zbiórki książek dla bibliotek, pomoc w rozwijaniu rad osiedli, organizacja kursów komputerowych dla osób starszych, pomoc w organizacji zajęć pozalekcyjnych dla dzieci. Nie uczynimy tym z Polski drugiej Japonii w miesiąc. Będzie to jednak bardzo dobry start do coraz to większych projektów, oraz świetny sposób na integrację społeczności lokalnych.
Nie mam pojęcia czy się to uda. Może za 20 lat WIR będzie największą partią w Parlamencie Europejskim, może za pół roku wszyscy zapomną o tej inicjatywie. Ja wiem jedno – warto się starać i zrobić co w naszej mocy aby dopiąć swego.
Jeżeli ktoś jest zainteresowany naszą działalnością, chce pomóc lub zbesztać, wymienić się poglądami – zapraszamy na naszą stronę i forum. Proszę tylko nie krytykować strony głównej ani innych aspektów technicznych, to tak tymczasowo bo darmowi graficy nie istnieją
Zobacz: Strona internetowa Wspólnej Inicjatywy Rozwoju.
Kościół i in vitro
napisane Grudzień 28, 2008, 00:01, w Lekkość myśli.
Ustawa bioetyczna Jarosława Gowina od pewnego czasu rozpala opinię publiczną. Głównym punktem wzbudzającym emocje jest element dotyczący zapłodnień in vitro. Obecnie w Polsce nie ma żadnych przepisów regulujących ten problem, założenia ustawy mają być zgodne z Konwencją Bioetyczną Rady Europy, co wypełni dziurę w polskim prawodawstwie zgodnie z europejskimi normami.
O co toczy się spór i kto stoi na barykadach? Z jednej strony mamy pary, które nie mogą mieć potomstwa w tradycyjny sposób, z drugiej strony stoi Kościół mówiący o „wyrafinowanej aborcji” i niedopuszczalnym tworzeniu życia w inny niż czysto naturalny sposób.
Mamy tu problem natury moralnej, który każdy powinien przeanalizować i ustosunkować się do niego samemu, bez ślepego zapatrzenia w jedną stronę lub jej adwersarza. Ja twardo stoję po stronie aprobującej in vitro. W dużym stopniu jest to zdeterminowane tym, że jestem niewierzący, jednak dostrzegam też inne aspekty przemawiające „za”.
Osoby niezwykle wrażliwe na punkcie swojej religii ostrzegam, że wyrażenia użyte w dalszej części mogą je oburzyć, jednak nie mają na celu obrażenia ani ataku na kogokolwiek.
Problem jest skomplikowany, jednak moim zdaniem główną przyczyną sporu jest „imperialne” podejście Kościoła Katolickiego (czy ktoś już się oburzył?). Według szacunkowych i nieobiektywnych statystyk działających na korzyść Kościoła wynika, że około 90% Polaków to katolicy różnych obrządków. Takie dane niejako uprawniają Kościół do terroryzowania swoimi poglądami całego społeczeństwa, a także de facto wpływania na władzę w Polsce, który bogobojny polityk odważy się sprzeciwić 9 na 10 mieszkańcom kraju? Problem zaczyna się, gdy przemyślimy wyniki tych szacunków.
Badanie przeprowadzone w ostatnią niedzielę października 2008 polegające na liczeniu wiernych uczestniczących w niedzielnej mszy świętej wykazało, że w Polsce średnio tylko 44,2% osób ochrzczonych postanawia wybrać się na weekendowe spotkanie z Bogiem. Przymnijmy sobie, że jako katolicy deklaruje się 90% ludzi. Gdyby od tych 44% odjąć osoby idące do kościoła z przymusu (mama / babcia każe, ksiądz patrzy) lub będące tam z innych powodów (pochwalę się nowym autem przed ludźmi, zajeżdżając przed kościół) to otrzymalibyśmy wynik w okolicach 30 – 35%, Kościół zostałby znokautowany. Oczywiście można krzyknąć, że kocham Boga ale nie kościół, jednak udział we mszy to obowiązek prawdziwego katolika ustanowiony przez Kościół – tak jak zabronione jest przez niego in vitro.
Warto w tym momencie wspomnieć o podatku kościelnym. W Polsce Kościół opodatkowany jest na super preferencyjnych zasadach, na przykład księża płacą 20% składki zdrowotnej (resztę dopłaca społeczeństwo), państwo płaci za lekcje religii w szkołach itd. W Niemczech istnieje normalne opodatkowanie kościoła, wierni deklarujący się jako osoby należące do związku wyznaniowego płacą podatek wynoszący około 8% dochodów, przekazywany on jest na cele Kościoła. W Polsce niestety Kościół broni się przed tego typu rozwiązaniami. Nic dziwnego – powszechna deklaracja przynależności do Kościoła pokazałaby faktyczną ilość katolików Polsce. To z kolei obaliłoby Kościół na kolana jako instytucję mogącą ingerować w politykę i życie społeczne.
Wyciągnijmy kolejny wniosek – około 60% osób nie przestrzega nakazów Kościoła. Jeżeli nie chodzi na obowiązkową mszę to dlaczego by nie zostać matką lub ojcem inaczej niż chce tego Kościół? Okazuje się, że religijne autorytety przemawiają w imieniu mniejszości (a przynajmniej mniejszość stosuje się do jego zaleceń). Powstaje logiczne pytanie – dlaczego instytucja religijna chce wpływać na życie osób niewierzących, będących innego wyznania lub niechcących uznać jej decyzji? Jeżeli jestem niewierzący, to chciałbym się dowiedzieć – dlaczego Kościół jako organizacja, z którą nie mam nic wspólnego, chce decydować o moim życiu? Naprawdę nie znajduję argumentu, którym mogą obrzucić mnie katolicy. Zwłaszcza że in vitro nie koliduje z żadnym innym prawem, zwłaszcza moralnym (dla osoby niewierzącej).
Co oprócz terroryzowania społeczeństwa może powiedzieć Kościół? Argumentuje on, że podczas in vitro morduje się zarodki. Niestety ja mówienie półprawd uznaję za kłamstwo. Fakt faktem, że w dzikich klinikach odbywają się takie procedery. Jako że skuteczność metody nie jest 100% dla oszczędzenia czasu i z innych powodów tworzy się kilka bądź kilkanaście zarodków, któryś w końcu „zadziała”. Reszta oddawana jest do utylizacji lub trafia na czarny rynek, gdzie sprzedaje się go za wysoką cenę. Kościół nie wspomina, że zabiegi te będą mogły wykonywać tylko kliniki ze specjalną licencją, zakazany będzie handel i selekcja zarodków, a maksymalna ich liczba będzie mogła wynosić dwa. Nie jestem specjalistą, ale autorzy zapewniają, że żaden z nich nie zostanie zmarnowany, możliwe że można skorzystać z obu za jednym podejściem, nie studiuję biologii, więc nie wiem. Wierzę specjalistom.
Ostatnim argumentem jest przekazywanie życia inaczej niż klasycznie. Dla osób niewierzących on się nie liczy, to już jedynie kwestia sumienia i poglądów dotyczących nauki Kościoła.
Reasumując – jeżeli to ja miałbym wybierać pomiędzy leczeniem choroby, jaką jest bezpłodność a moralnymi nakazami instytucji religijnej, wybiorę spełnienie marzeń wielu osób, które nie chcą żadnej zabawki, tylko swojego potomstwa, którego nie mogą mieć w inny sposób.
Wspaniała polska młodzież
napisane Listopad 23, 2008, 00:01, w Lekkość myśli.
Jak donosi serwis Policyjni.pl, dwie grupy przemiłych młodzieńców, postanowiły rozwiązać spór, do jakiego pomiędzy nimi doszło, w sposób dżentelmeński – przez pojedynek. Tym razem wytrawne stroje zastąpiły bluzy z kapturami, jednostrzałowe pistolety zostały zamienione na pałki, sekundant nie był potrzebny w ogóle. Do starcia doszło w podziemnym przejściu pod rondem Reagana we Wrocławiu. Należy dodać, że uczestnikami tego niecodziennego wydarzenia byli gimnazjaliści, czyli osoby w wieku 13 – 16 lat. Wynik wymiany argumentów pozostaje nieokreślony, gdyż całe zajście przerwała Policja. Powodem „ustawki” był ponoć fakt, że uczeń jednego z dwóch walczących gimnazjów zaczepił niewiastę z drugiej szkoły. Takiej sprawy nie można było pozostawić samej sobie. Wiadomo, chodziło o honor.
Taka informacja jest dobrym punktem wyjścia do rozważań o młodzieży i o tym, czym będzie Polska za 20 – 30 lat mając takich obywateli.
Dyrektorka gimnazjum nr 13 odsłania brutalną prawdę. Uczniowie biorący udział w bójce są w szkole niezwykle spokojni, niestety tylko za sprawą monitoringu w placówce. Poza szkołą już mniej przypominają miłego i grzecznego gimnazjalistę, jakim kiedyś byłem
Wielu z nich ma swojego kuratora lub miała przygody z sądem rodzinnym. Ten oto sąd „zobowiązuje nieletniego do poprawy swojego zachowania”. Niezwykle skuteczny środek wychowawczy jak widać. Jedyne co potrafi zrobić oświata to pogadanki ze Strażą Miejską lub psychologiem.
Dlaczego ulubioną rozrywką 15 latków jest naparzanie się po mordach? Bo nie ma za to żadnych kar, obiję komuś gębę, zniszczę przystanek, ukradnę torebkę, i co z tego? Kurator to fikcja, po co w ogóle jest ta instytucja? Przychodzi taki raz na miesiąc do mieszkania, pogada chwilę z rodzicami, i to wszystko. W skrajnych przypadkach poprawczak.
Wszyscy mówią, że trzeba wychowywać, resocjalizować. Kiedy słyszę takich ludzi, to wiem, że kompletnie nie wiedzą, o co chodzi w tej dziedzinie. Spotkania z Policją, pogadanki, rozmowy indywidualne. Którego dzieciaka wykazującego objawy demoralizacji to obchodzi? Trzeba wykazywać się skrajną ignorancją albo dysfunkcją mózgu, żeby wierzyć w skuteczność spotkań osób wypisujących na murach HWDP z Policjantami. Oczywiście szkoły nie wychowują, bo nie mają ani czasu, ani możliwości, rodzice z rodzin patologicznych to inna historia. Więc co zrobić? Powiem Wam
Tak, jestem niczym nasz prezydent – znam się na wszystkim.
Za czyny zabronione popełnione przez sprawcę w wieku do 13 lat – odpowiedzialność majątkowa w wysokości pięciokrotności wyrządzonych szkód materialnych i / lub środki wychowawcze takie jak obowiązkowe zajęcia z psychologiem i innymi specjalistami. Do 13 lat można jeszcze dziecko wychować i wykształcić w nim normalnego obywatela. Są to środki „bezinwazyjne”, nikomu jeszcze nie urwało ręki od spokojnego wytłumaczenia co, jak i dlaczego nie w ten sposób. Jeżeli dziecko nie wykazuje poprawy, to w momencie ukończenia 13 roku życia przechodzimy do kolejnego punktu.
Za czyny zabronione popełnione przez sprawcę w wieku od 13 do 18 lat – żółta kartka w postaci dziesięciokrotności wartości wyrządzonych szkód materialnych i kurator. Tym razem nie będzie musiał chodzić za delikwentem krok w krok. Wystarczy, żeby trzymał rękę na pulsie, jeżeli nastolatek wykazuje zauważalną poprawę, to po roku kurator jest odwoływany. Jeżeli poprawy nie widać, a kurator dostaje na przykład zgłoszenia dotyczące tej osoby, to sąd kieruje ją do ośrodka wychowawczego.
Czym jest ośrodek wychowawczy? Na pewno nie tym, co obecny poprawczak. Koniec z Play Station, bilardem i opieprzaniem się cały dzień. Porządek, dyscyplina, żadnych rozrywek i udogodnień dla osób niewykazujących chęci zmiany. Pełna gama prac społecznych niczym na amerykańskich filmach, gdzie więźniowie w upale kopią rowy pod strażą uzbrojonego wartownika. Czyszczenie ulic, zamalowywanie graffiti na pociągach i budynkach, proste prace budowlane na przykład przy tworzeniu autostrad. Oprócz tego coś, co karą nie jest. Dla chcących wykorzystać czas pobytu w ośrodku – nauka wybranych przedmiotów takich jak język angielski czy inny obcy, kursy zawodowe. Dla szczerze wyróżniających się redukcja prac, udogodnienia, przyjemności. Do tego wszystkiego marzę o „wychowaniu patriotycznym” tak aby delikwenci zaczęli rozumieć, o co chodzi w tworzeniu społeczeństwa.
Na inną opowieść pozostawiam fakt, że uwzględniłem tu tylko szkołę podstawową jako obowiązkowy etap edukacji, konsekwentność i stanowczość sądów w wymierzaniu kar oraz sprawny aparat policyjny niewahający się przywalić pała po zębach, gdy następuje taka konieczność.
Porządni obywatele i ci, którzy się pogubili, lecz chcą się poprawić, nie mają się czego bać. Jednostki aspołeczne są eliminowane szybko i skutecznie.
Taka jest moja koncepcja.
Jazda na podwójnym gazie
napisane Październik 19, 2008, 13:09, w Lekkość myśli.
Nie, ja po pijaku autem nie jeżdżę. Może dlatego, że nie mam ani auta, ani prawa jazdy
I na razie nie mam potrzeby wchodzić w ich posiadanie. Jednak są ludzie, dla których jazda po kilku głębszych jest jak najbardziej dopuszczalna. Oświecone teorie godne mądrości Korwina-Mikke zostały przeze mnie dostrzeżone na pewnym forum. Spłodzone zostały przez osobę niepełnoletnią, myślę, że mającą około 15 lat. Fakt ten okaże się niezwykle istotny w kontekście jej wypowiedzi. Więc posłuchajmy, co na ten temat uważa przedstawicielka kwiatu polskiej młodzieży:
Ja piratem drogowym NIE nazwę nigdy człowieka, który jedzie po pijanemu, ale wie, ze nie spodowuje żadnego wypadku, bo jeździ na tyle dobrze, że alkohol nie utrudnia mu prowazdenia pojazdu
Przeczytałem to i przerwałem lekturę. Nie, to nie był żart, to jest faktyczna opinia. Patrzyłem na to i czytałem ta wypowiedź po kilka razy. Czy Robert Kubica po kilku kielichach może jeździć legalnie po drogach? W końcu mało kto ma umiejętności pozwalające mu na jazdę bolidem z zawrotną prędkością. Czy to oznacza, że Robert nie spowodowałby nigdy wypadku po wódce?
Tak samo nie nazwę piratem drogowym nigdy człowieka, który przekracza prędkość, ale jest pewien, ze nie spowoduje wypadku.
Ja jestem pewien, że nie spowoduję nigdy wypadku, Dawajcie mi jakieś fajne Porsche, lecę poszukać jakiejś prostej drogi.
Zgroza!
Mój tata jeździ bardzo dobrze, a nie zapina pasów, wiele razy juz zdarzyło mu się wracać z jakiejś imprezy samochodem po pijanemu i prawie zawsze przekracza prędkość. I mimo, ze długo już jeździ samochodem, to jeszcze NIGDY nie spowodował wypadku.
Niech żyją autorytety! Jedni naśladują Jana Pawła II, drudzy Lecha Wałęsę, inni Kononowicza a jeszcze ktoś inny uważa za wzór do naśladowania pijanego ojca przekraczającego prędkość. I tu nie chodzi o to, że takich ludzi powinno się eliminować z dróg od razu. Tu chodzi o to, że córeczka uważa takiego ojca za kogoś, kogo można naśladować. Tak wychowuje się nowe pokolenie potencjalnych zabójców.
Dla mnie piratem drogowym jest osoba, która źle jeździ bądź wcale nie umie. Chce zaszpanowac, ale nie umie tego zrobić.
Na drodze bardziej się liczą umiejętności kierowcy, niż to czy przekracza prędkość czy jest pijany.
Czy to warto komentować?
W mieście, w którym mieszkam to mój tata zna policjantów i nawet jak zatrzymają i zobacza, ze to mój tata to bez sprawdzania puszczają dalej.
Absolutna perełka. Ja wiem, że korupcja to w Polsce nic nadzwyczajnego, ale żeby to było dla kogoś normalne jak zjedzenie śniadania?
Ktoś tu nie rozumie kompletnie jak działa alkohol na organizm. Ludziom myślącym chyba nie trzeba tego tłumaczyć. Zasadniczo miałem napisać tu długa przemowę, jednak po kolejnym przeczytaniu tych teorii nie jestem w stanie. Jestem tak zdegustowany, że te przykłady zakończę tylko kilkoma liczbami. Wam pozostawię tą postawę do przemyślenia, będzie to lepsze niż moja opinia, która jest powtórzeniem tego, co od lat mówią policjanci.
Polska 2005:
- 48049 wypadków drogowych.
- 5427 ofiary śmiertelne.
- 61107 osób zostało rannych na tyle poważnie, że wymagało hospitalizacji.
Czas w tym kraju coś zmienić
napisane Wrzesień 19, 2008, 18:15, w Lekkość myśli.
Ludzie narzekają na otaczającą ich rzeczywistość. Politycy to idioci, dookoła korupcja, Policja nic nie robi, lekarze olewają pacjentów, gówniarze przesiadują na ławkach pod blokami i napadają przechodniów, chuligani niszczą ławki w parkach i nie ma gdzie usiąść. Fakt, z większością zarzutów jakie słyszę trudno się nie zgodzić. Jedyne co boli, to fakt, że większość narzekających nic nie robi. Nie pójdzie na wybory bo jego głos i tak nic nie zmieni, a potem opluwa tych co wygrali. Narzeka na syf na ulicach ale sam swoją okolicę traktuje jak darmowy śmietnik. Oczywiście nie wszyscy, jednak zdecydowana większość woli narzekać niż coś zmienić. Wygodne? Jasne, że tak.
Pewnie po głowie chodzi Wam teraz jedna myśl: „A ty coś zrobił żeby też narzekać?”. Ja? Poszedłem na wybory to chociaż mogę na naszych polityków pluć ile mogę
A tak poważnie to nie zrobiłem nic. Tak, biję się pierś. Jednak dostrzegam potrzebę jakiś zmian. Nie mówię tu o przejęciu władzy w kraju za pomocą zamachu. Nie, nie znam się na ekonomii czy zawiłościach służby zdrowia. Ba, nie mam ludzi, którzy się na tym znają. Ale mogę zrobić coś co nie wymaga umiejętności, których i tak większość posłów nie posiada.
Mogę zrobić coś lokalnego. Zmotywowała mnie do tego moja Rada Osiedla. Na innych osiedlach co chwila się coś dzieje. Nie, nic wielkiego, jedna rada organizuje ognisko dla mieszkańców, druga rewitalizuje stary park czyniąc z niego centralny punkt dzielnicy. Jeszcze inna prowadzi zajęcia z obsługi komputera dla ludzi starszych. Gdyby zebrać takich pomysłów kilka, w jednym miejscu, można by zaktywizować społeczeństwo. Pchnąć je do działania, pokazać mieszkańcom, że można coś zdziałać, stworzyć lokalne społeczeństwo obywatelskie. Gdyby coś takiego wypaliło, gdyby był to impuls dla innych, to efekt mógłby być zdumiewający. Więc dlaczego nie spróbować? Może dlatego, że pierwszą przeszkodą jest wspomniana przeze mnie już Rada Osiedla. W mojej dzielnicy zasadza się ponoć na ploteczkach, kawie i ciasteczkach kliki znającej się z lokalnej parafii.
Biorąc pod uwagę moje 20 lat na karku (tak, wiem, szczyl jestem), przyjmując, że dobrze pamiętam ostatnie 5 lat (bo pamięć moja wyśmienita nie jest) to mogę mieć opinię o tym co się tu dzieje. A w zasadzie o tym co mogłoby się dziać a się nie dzieje. Bo nie dzieje się nic. Wielkim sukcesem jakim chwali się Rada jest… namówienie Ratusza do przystrojenia małego placu w centrum dzielnicy na święta Bożego Narodzenia 2007 :/ O ile to jest śmieszne w tym momencie, to powala sierpowym w czaszkę i rozkłada na deskach niczym młody Andrzej Gołota fakt, że miasto robi to co roku, co w efekcie prowadzi do konkluzji, że Rada wywalczyła dodatkowe kilka światełek na choinkę.
Oczywiście oddajmy Radzie co jej – co roku dostaje 60 tysięcy PLN na remonty dróg w dzielnicy. Chyba na chybił trafił wybiera ulice do remontu przez Miejski Zarząd Dróg. Ale OK, gdyby nie wydali całej sumy to pewnie by stracili stołki, nie dziwota, że to robią.
Więc co teraz? Czyżby pierwsza przeszkoda nie do przeskoczenia? Nie, gdzieżby. Pierwszy punkt planu obejmuje wycieczkę na dyżur do Rady Osiedla. Wejdę i zapytam prosto z mostu: „Przepraszam, co państwo zrobili dla tej dzielnicy przez ostatni rok?”. Chętnie posłucham odpowiedzi. Gdyby przedstawiono mi imponującą listę działań byłbym skłonny uderzyć się publicznie w pierś i przeprosić Radę. Myślę jednak, że zostanę za to wyrzucony za drzwi, w najlepszym wypadku zapadnie niezręczna cisza.
Współpraca z Radą może okazać się niemożliwa. Może to i lepiej? Można zacząć działać na własną rękę. Czemu nie znaleźć kilku zapaleńców w okolicy chcących poświęcić kawałek swojego wolnego czasu? Na początek projekty nie są wielkie i trudne, oto kilka prostych pomysłów:
- Renowacja parku i pomnika. Park w mojej dzielnicy trudno nazwać parkiem. Kawałek zieleni z drzewami. Połamane 6 ławek, rozpadające się kosze na śmieci, ścieżki z płyt wystających pod każdym możliwym kątem. Tu akurat trzeba wsparcia Rady przy przepychaniu pomysłu w Urzędzie Miasta. Wytyczenie nowych ścieżek z kostki brukowej wśród drzew, więcej ławek w całym parku a nie tylko z jednej jego strony, więcej koszy na śmieci. Park jest obok malutkiej szkoły więc można ustawić tablice opisujące drzewa parku, w końcu często bywają tu dzieci z rodzicami po jarzębinę i kasztany. Do tego renowacja pomnika – na cokole ledwo widać literki, co tam pisze nie jestem w stanie rozszyfrować. jeden podobny projekt już się Bielsku udał, więc czemu nie teraz?
- Okazjonalne wystawy w Domu Ludowym. Pokazy zdjęć lub innych rzeczy z okazji na przykład 11 Listopada to nie jest coś wielkiego. A na pewno by się przydało, może jakaś szkolna wycieczka z podstawówki?
- Zbiórka książek dla biblioteki i bibliotek szkolnych. Żadna biblioteka chyba nigdy nie narzeka na nadmiar książek. Ta dzielnicowa jak i szkolne – w mojej dzielnicy jest podstawówka i gimnazjum. Sam pamiętam, że często brakowało lektur.
- Ognisko. W Bielsku Rada Osiedla Straconka organizowała ognisko dla mieszkańców. Ciekawa inicjatywa, ponoć ludzie dopisali. A jak to musi integrować społeczność.
- Wytyczenie ścieżek rowerowych. Lub nieformalnych tras po dzielnicy. Chyba nie trzeba tłumaczyć jak w naszym kraju tego brakuje.
- Dla Rady Osiedla: konkurs na logo Rady, na przykład w szkołach, wystawienie tablicy ogłoszeń (tak, ta Rada jej nie ma!) oraz stworzenie adresu e-mail do kontaktu z mieszkańcami.
To taka skromna lista mniej lub bardziej wykonalnych projektów. Jak widzicie niektóre z nich można zrealizować w pojedynkę, do niektórych potrzeba wsparcia. Jednak żaden z nich nie jest poza zasięgiem zwykłego obywatela. Oczywiście może to być początek jakiś większych akcji, można na tym poprzestać. Byleby pokazać, że coś można zrobić.
Co może być kolejnym krokiem? Odległym ale jednak, czemu nie puścić nieśmiało wodzy fantazji? Dobrym pomysłem byłoby kiedyś stowarzyszenie. Opierałoby się na lokalnych oddziałach, na poziomie dzielnicy lub podobnej wielkości terytorium. Ale o tym można myśleć jeżeli wypaliłoby kilka lokalnych inicjatyw.
Ja szykuję się na spotkanie z Radą Osiedla.
