Mała polityka w ręce wielkich ludzi
Napisane: 13 marca 2010, 21:40, w Polityka.
Ludzie mają różne hobby. Niektórzy zbierają znaczki, inni leją w mordę przechodniów na ulicy. Moją pasją jest jednak polityka. Nie jest to ani przyjemne, ani relaksujące, jednak ktoś musi to robić. Z tego samego założenia wychodzą też inni, więc siłą rzeczy powinno się ich podglądać jak „politykują”. O ile posłów na sejm widzi każdy, to z najmniejszą polityką mało kto ma do czynienia. To na nią dzisiaj krótko ponarzekam, co wychodzi mi w życiu najlepiej.
Dzisiejszą podstawą do narzekania będzie moja styczniowa wizyta w Radzie Osiedla. Dla złaknionych słowa pisanego podają link do relacji z tego dramatycznego wydarzenia: „10 pytań do Rady Osiedla Komorowice Krakowskie”. Dla tych, którzy nie mają ochoty czytać kolejnej notki mam streszczenie: dramat, dramat, dramat. To właśnie jest ta mała, lokalna polityka, w której można napluć obywatelowi w twarz, a on nie będzie o tym wiedział.
Kto z Was był kiedyś w swojej radzie osiedla/dzielnicy/sołeckiej? Dziękuję. Nie mówię oczywiście, że to źle. Trudno, aby 100% społeczeństwa interesowało się polityką i aktywnie brało udział w życiu społeczności lokalnej. Chociaż według mnie ten, kto krzyczy najwięcej, ma obowiązek się w tym bagnie babrać. To jak z wyborami – nie glosowałeś to zawrzyj otwór gębowy. Biadolić, że autobus nie jedzie tam gdzie trzeba, albo że ławka w parku jest zniszczona może każdy. Nie każdy jednak robi z tym cokolwiek. Boleję nad tym, że nie ma u nas modelu norweskiego. W kraju fiordów niemal każdy obywatel udziela się w jakimś stowarzyszeniu czy innej grupie. Jak to u nas wygląda – wiadomo.
Dzięki temu wyłaniają się członkowie rad osiedli. Wspaniali herosi, średnia wieku 80 i rośnie, myślenie zatrzymane w epoce wczesnego Gierka. Kto myśli, że to tylko zwyczajne utyskiwanie, powinien przejść się do swojej rady i porozmawiać. Szczęśliwy kto trafi na ludzi normalnych. Gorzej, jeżeli traficie tak jak ja, na ludzi z przypadku. Po co oni są w radzie? Doszedłem do wniosku, że dla lansu.
Rada powinna być lokalnym parlamentem. Inwencja powinna tryskać z niej jak krew z tętnicy. Pomysły, pomysły, nowe pomysły, chęć do działania, wychodzenie przed szereg ze świeżym podejściem do tematu. Żywe dyskusje z obywatelami, chęć pomocy im na każdym kroku. Wielka wizja terenu, którym się zajmują, światłe plany rozwoju. Tak być powinno. U mnie jest trochę inaczej. Zderzenie z rzeczywistością przypomina crash test chińskiego samochodu. Tutaj niestety strefa zgniotu jest jeszcze dalej niż za fotelem kierowcy.
Mojej radzie nie chce się odpisywać na pisma mieszkańców. Inwencji nie ma żadnej, a przynajmniej ja o żadnym pomyśle nie słyszałem. Ogłaszanie działań przez proboszcza, strach przed wystawieniem tablicy ogłoszeń, współpraca przez udostępnienie szafki? Przed wejściem bałem się zaproponować jakieś działanie, w obawie, że taki szok (inicjatywa!) mógłby kogoś tam zabić. Po wyjściu z dyżuru chciałem umrzeć im przed drzwiami – powstałe zamieszanie byłoby najbardziej dynamiczną akcją rady w historii.
Błagam i zaklinam, jeżeli nie są Wam obce losy miejsca zamieszkania, idźcie na zebrania rady. Krytykujcie swoich przedstawicieli, merytorycznie lejcie ich w mordę. Jeżeli zachowują się skandalicznie, piszcie do przełożonych. Nie namawiam nikogo do siedzenia 24 godziny na dobę nad kartką z projektami dla dzielnicy/wsi. Jeżeli wszystko się Wam podoba, OK. Jednak gdy macie jakieś zastrzeżenia, przypuśćcie szturm na swoich wybrańców. W tym kraju tylko mocny kop w tyłek może ruszyć coś w dobrym kierunku. Kto się nie rozwija, ten się cofa.
Ponarzekałem, nawet mi z lekka ulżyło. Nie zmienia to faktu, że czas skończyć pisać ten tekst i znowu zabrać się za myślenie o polityce. Jeżeli ktoś chce pomyśleć lub ponarzekać wraz z innymi, zapraszam na forum Wspólnej Inicjatywy Rozwoju.




