Sam nie wiem czemu, jednak przypomniał mi się dziś Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Możliwe, że jest to wynikiem moich rozważań na temat podatków. Zastanawiałem się mianowicie, ile pieniędzy tak de facto zabierane jest nam z pensji brutto. Intrygowało mnie, gdzie konkretnie podziewa się lwia część naszych zarobków. A może bardziej ciekawiło mnie, dlaczego one znikają?
Cały wpis opieram na wiedzy zebranej w głównej mierze ze stron ZUS-u (bo któż byłby bardziej kompetentny niż on?). Jeżeli gdzieś coś źle policzyłem i tym samym zmasakrowałem cały sens notki, to proszę o poprawienie mnie.
Tak czy inaczej, pomijając wszystkie inne podatki i składki, zatrzymuję się na składce na ubezpieczenie emerytalne. Według wszelkich prawideł, jakie znalazłem, wynosi ona obecnie 19,52% wynagrodzenia brutto. Pomijam szczegóły takie jak rozdział na I i II filar, płatność części przez pracownika a części przez pracodawcę itd. Ogólnie moje zniesmaczenie sprowadza się do faktu, który od chyba zawsze denerwuje też sporo osób usposobienia liberalnego, chodzi konkretnie o przymusowość odkładania pieniędzy na emeryturę.
Załóżmy, że zarabiam 2000 PLN brutto. Na samą emeryturę muszę oddać z tego 390 PLN. Jeżeli dodać jeszcze do tego 6% składki na ubezpieczenie chorobowe, czyli 120 PLN to otrzymamy mniej więcej 500 PLN przymusowo odbieranych nam na emeryturę i wynagrodzenie za czas choroby. Pomińmy jednak trapiące nas choroby i skupmy się na naszej egzystencji za X lat.
Przy zarobkach 2000 PLN brutto muszę oddawać około 400 PLN na coś, czego mogę w ogóle nie chcieć. Nie za bardzo rozumiem w ogóle ideę wmuszania ludziom emerytury na siłę. Spadek po socjalizmie? Nasi politycy nadal uważają, że obywatel to bezradne dziecko, które nie potrafi samo o siebie zadbać. Drugim powodem są zapewne zapowiedzi krachu publicznych ubezpieczeń społecznych w Polsce. Nie wiem, w jakim stopniu są one prawdziwe, bo ekonomistą nie jestem, jednak jeżeli im wierzyć to niedziwnym jest pompowanie w system naszych pieniędzy, by podtrzymać go przy życiu.
Według mnie nie możemy utrzymywać takiego stanu w nieskończoność. Polacy nie są głupi, każdy z nas potrafi zdecydować się czy chce wpłacać pieniądze do prywatnego ubezpieczyciela, by potem mieć z tego emeryturę, czy też może woli pieniądze odkładać na jakieś lokaty, czy grać na giełdzie. Jeżeli ma potrzebę to może je przejeść i w momencie zakończenia pracy umrzeć z głodu. To jest wybór każdego z nas, jeżeli ktoś na starość będzie żałował podjętej przez siebie decyzji, to będzie miał pretensje wyłącznie do siebie. Troska o to żeby ktoś się nie rozczarował na starość, nie może zmuszać mnie do niegospodarnego lokowania mojego majątku. Ja chcę moje 400 PLN do ręki i chcę je zainwestować w bardzo długoterminową lokatę o wysokim oprocentowaniu i z tego żyć na starość (bez kokosów, ale jednak). Chcę też część pieniędzy zainwestować na giełdzie w rumuńskie plantacje bananów. I dlaczego mi tego nie wolno zrobić?
Emerytury w ZUS-ie należy stopniowo wygaszać. Ci, którzy zaczęli już płacić składki do ZUS-u, powinni płacić dalej na starych zasadach. Ci, którzy jeszcze nie zaczęli tego robić, powinni być zwolnieni z tego obowiązku, a pieniądze powinny trafiać do ich kieszeni. Kto będzie chciał, skorzysta z obecnego drugiego filaru.
Ktoś jest niezadowolony z tego rozwiązania? Dlaczego?
Ja byłbym wniebowzięty.