Sabaton w Krakowie – 24.10.2008

Napisane: 26 października 2008, 15:33, w Dziennik.

Nadszedł ten dzień. 24 października 2008, szwedzki Sabaton zawitał do Krakowa. Wydarzenia tego nie mogłem przegapić, zwłaszcza że jestem założycielem oficjalnego polskiego fanklubu. Zakupiłem więc na Eventim.pl bilet już w lipcu. 50 PLN za Privateer (Polska), Conquest (Ukraina), Grailknights (Niemcy) i Sabaton to niewielkie pieniądze więc wybór był prosty.

Piątek, 11:55, wraz z Alą wyruszam z Bielska do Katowic. 55 kilometrów zostaje pokonane przez pociąg w trochę ponad godzinę, co na tej trasie jest czymś niezwykłym. Może dlatego, że pociąg jechał ze słowackiej Żyliny, a skład był słowackiego przewoźnika?
O godzinie 13 wysiadamy w stolicy Śląskiego. Tutaj spotykamy Kojota, z którym byliśmy umówieni. Syf, brud, i ubóstwo katowickiego dworca głównego zmuszają nas do pospiesznego zakupienia biletów na przejazd do Krakowa. O 13:39 szarpnięcie wagonem sygnalizuje, że ruszamy. Podczas podróży spotykamy kumpla Kojota, który również jedzie na koncert. Fanklubowa flaga zostaje dumnie wywieszona w wagonie.
Około 15:30 wysiadamy w Krakowie. Odbiera nas komitet powitalny w osobie naszego fanklubu. Chwila zamieszania w poszukiwaniu autobusu, który dowiezie nas pod Studio, i już siedzimy w tramwaju nr 15. Po wyjściu z niego droga prowadzi pod klub, ludzi zaledwie kilku, w końcu jest 16:30 a bramy otwierają o 18.

Idziemy na tył klubu, to tam, obok parkingu zbiera się nasz fanklub. Wita nas Ruszkol, slania, mnóstwo piwa, jakaś flaszka, chipsy i charakterystyczna zielona skrzynka na amunicję. Po zbliżeniu się do tego „szwedzkiego stołu” zauważamy też kolegę ze Szwecji – klawiszowiec Sabatonu, Daniel Mÿhr dzielnie dotrzymuje towarzystwa. Nie jest to niestety lipiec, więc każdy rozgrzewa się jak może – piwo, kawa z odrobiną wódki. Wszystko to rozwiązuje języki, rozmowy toczą się na każdy temat, Daniel idzie po resztę zespołu. Jesteśmy umówieni na godzinę 17:00, gdyż mamy dla Szwedów prezent. Gdy członkowie zespołu wychodzą, na pierwszym planie pojawia się skrzynka amunicyjna. Joakim (wokalista) nie kryje zaskoczenia, gdy ją otwiera. W środku leży broń o zabójczej mocy – litrowa flaszka wódki w kształcie kałasznikowa, flaszka 0,2 litra wódki ziołowej w kształcie granatu oraz 6 kieliszków, na których wygrawerowaliśmy imiona wszystkich członków zespołu. Daniel jest zachwycony, że w jego nazwisku prawidłowo są nawet dwie kropki nad „y”. Sympatyczni Szwedzi wiedzą co to dobre wychowanie, każdy z nich po kolei „oddaje strzał” z nowej broni, po czym wyraża swoje zadowolenie po tej kontroli jakości. Joakim stwierdza, że to świetny prezent, zespół jest naprawdę zadowolony. W tej sytuacji pozostaje nam tylko jedno – autografy i zdjęcia. Który inny zespół o europejskiej sławie wyszedłby do swoich fanów na mały trawnik obok parkingu za klubem? Dla chłopaków to czysta przyjemność, podpisują się na biletach, płytach, fladze. Nikomu nie odmawiają zdjęcia, żartują, rozmawiają z nami. Nagle z kosmosu pojawia się TVP Kraków. Zostaję wypchnięty, aby odpowiedzieć przed kamerę na kilka standardowych pytań. Na szczęście ekipa z TV nie jest uciążliwa i nie przeszkadza w naszym spotkaniu.
Wszyscy myśleliśmy, że potrwa to chwilę, jednak zespół zostaje z nami na dłużej, Daniela wypuścimy dopiero około 19:30, czyli po ponad dwóch godzinach.

Rozmowy przebiegają w wesołej atmosferze, konwersujemy o zimnym szwedzkim klimacie, muzyce, hokeju. W pewnym momencie ktoś przypomina sobie, że na komórce ma nagrane „Deszcze niespokojne”. Tematyka utworów Sabatonu to wojny i bitwy więc przekonujemy Daniela, aby nauczył się grać nieśmiertelny utwór na klawiszach i zaprezentował go na kolejnym koncercie w Polsce. Tłumaczymy mu, że to motyw z popularnego w Polsce serialu i zagranie go na koncercie wywoła ekstazę wśród publiczności. Chyba go przekonaliśmy, gdyż po chwili wraca ze swoim miniaturowym laptopem (z Linuksem na pokładzie) i zgrywa z komórki „czterech pancernych”. Obiecuje pokombinować coś z tym w domu. Czyżby kolejnym intrem na koncercie Sabatonu były „Deszcze”?
Rozmowa przebiega wartko, gdy nagle z klubu zaczynają wydobywać się jakieś dźwięki, Privateer zaczął produkować się na scenie. Wolimy jeszcze trochę pogadać z Danielem niż słuchać supportów więc zostajemy. Po pewnym czasie dochodzimy jednak do wniosku, że klawiszowiec jednak przyda się Sabatonowi na koncercie, więc wypuszczamy go wolno, aby przygotował się do występu.

Ochrona całkiem sprawnie wpuszcza ludzi do środka. Odwiedzamy szatnię i idziemy pod scenę. Trafiamy na ostatni kawałek Privateera. Bez rewelacji, więc czekamy na Conquest. Ukraińcy dają pokaz całkiem niezłego power metalu. Podczas ich występu dostaję żółtą opaskę na rękę, dzięki niej mogę poruszać się po całym klubie, szczególnie za kulisami, czyli na backstagu. Udaję się tam przed występem Grailknights.
Za sceną jest całkiem luźno. Jedynie Niemcy, którzy mają za chwilę zagrać nerwowo biegają z gitarami. Postanawiam nalać sobie kawy i przez drzwi prowadzące z kulis na scenę obejrzeć chwilę występu. Pierwszy kawałek niemal mnie usypia. Postanawiam więc pogadać chwilę z członkami Sabatonu. Perkusista, Daniel Mullback mówi starą życiową prawdę, nigdzie w Europie nie trzęsie tak jak na polskich drogach.
Po drugim kawałku Grailknights na scenę ma wejść osoba przebrana za skrzyżowanie szkieletora ze śmiercią. Wybór pada na slanię. Kiedy ona poci się na scenie, my tworzymy ludzkiego konia. Dwuosobowy rumak z różową peleryną zostaje złożony z dwóch osób (sam bym nie chciał być zdaem). Swoją drogą, to Niemcy widać, że mają jaja. Zwłaszcza że po czwartym kawałku miał na scenę wejść smok. Pomagałem wbić się im w ten śmieszny kostium na próżno – smok okazał się wyższy niż futryna drzwi prowadzących na scenę, za Chiny ludowe nie mógł się przecisnąć.
Jeszcze chwila na backstagu i wracam pod scenę, za niedługo zaczyna grać gwiazda wieczoru.

Zaczyna się końcowe odliczanie. W przenośni i dosłownie – z głośników płynie Final Countdown grupy Europe. Wykrzyczany przez całą salę refren daje możliwość wyobrażenia sobie co stanie się za chwilę.

Sun Tzu said: The art of war is of vital importance to the State. It is a matter of life and death, a road either to safety or to ruin.
Te słowa pochodzące z intra płyty „The Art Of War” mówiły wszystko – bitwa rozpoczęta. Przy pierwszych dźwiękach na scenę wchodzi zespół. Pod sceną szał, nasz fanklub stoi pod barierkami po prawej stronie sceny więc mamy widok na cała salę. Koniec intra i od razu zamaszysty kop w tyłek – Ghost Division. Świetny opener robi swoje, szaleństwo, refren śpiewany przez wszystkie gardła na sali, atmosfera gorąca jak zagotowana smoła, a to dopiero pierwszy kawałek.
Koniec Ghost Division a zespół nie zwalnia tempa, niemal od razu przechodzi do „Sztuki Wojny”. Utwór wolniejszy, chyba wszystkie włosy na sali zataczają koła, kręgi i inne figury w powietrzu ;)
Gdy po tym kawałku na sali słychać tylko „Sabaton! Sabaton!” Joakim kłania się publiczności, widać, że jest naprawdę zadowolony. Na pytanie czy chcemy coś dzikiego, coś z Primo Victoria, odpowiedź jest oczywista. Into The Fire! Charakterystyczny riff na początku utworu masakruje tłum. Cała sala wyśpiewuje niemal całość utworu. Pod jego koniec przerwa, kilka słów z publicznością i dokończenie utworu.

Już po 3 kawałku spływam potem. Może dlatego, że macham włosami, kiedy mogę, może dlatego, że znam teksty na pamięć i nie żałuję gardła i płuc. Może jednak dlatego, że w klubie Studio klimatyzacja to żenada. Temperatura sięga setek stopni, duszno jak cholera, jednym słowem masakra.

Joakim nie wiedział, co robi, popisując się znajomością polskiego wyrażenia: „Jeszcze jedno piwo”. Od teraz po niemal każdym kawałku publiczność skanduje „Sabaton! Sabaton!” oraz „Jeszcze jedno piwo!”. Publiczność chce, zespół musi – Joakim wypija łyk Tatry, aby schłodzić się po wokalnych popisach. Szybko dochodzi do wniosku, że publiczność chce go upić i wykorzystać ;)

Joakim zadaje publiczności zagadkę: „Wymieńcie 3 powody, dlaczego mój rozporek jest rozpięty” :D Najbardziej prawdopodobną wersją okazuje się ta, mówiąca, że jest po prostu zepsuty ;)
Po chwili zaczynają pracować klawisze. Już wiemy, że to Cliffs Of Gallipoli. „Ballada” znowu nadaje klimat , emocje zawarte w refrenie poruszają cała salę. Tuż po nim Joakim znowu nie wie co się dzieje, sala nie daje mu dojść do słowa, skandując „Sabaton!”.

Gdy zaczyna się „Rise Of Evil” publiczność zostaje wbita w posadzkę, wolne, ciężkie riffy wyciągają wszystkie ręce w górę i zmuszają do rytmicznego klaskania. 8 minut zagłady mija jak chwila, jedynie kolejne litry wylanego potu są świadectwem tego, co się działo.

Kolejny kawałek, czyli Attero Dominatus pokazuje, że jest świetnym numerem koncertowym. Szczególnie refren. Słowa mówiące o zdobyciu Berlina w 1945 roku chyba trafiły do polskiej publiczności.
Wolfpack, którego nie było dzień wcześniej w Warszawie i The Price Of A Mile to chwila wytchnienia, nie są tak szybkie jak reszta, co dało mi czas chwilę ochłonąć i otrzeć pot z czoła.

Przed The Price Of A Mile, Kojot ciska na scenę naszą fanklubową flagę. Joakim podnosi ją przed Panzer Battalion i pokazuje ludziom w całej okazałości. Wzruszony mówi o tym, że Polacy są wielkimi patriotami i są dumni ze swojej historii. Żałuje, że nie ma czegoś takiego w Szwecji. Po chwili w refrenie Panzer Battalion śpiewa „Death in the shape of a Polish Battalion”.

Kolejna ballada „The Light In The Black” skłania część osób do zapalenia zapalniczek.

Chwila przerwy i słyszymy: „This story is about 720 brave Polish soldiers…”. Ostatnie słowa Joakima zagłusza szaleństwo publiczności. 40:1, które zrobiło taką furorę w Polsce już po chwili staje się głównym punktem wieczoru. To co dzieje się wśród publiczności jest nie do opisania, to trzeba było zobaczyć. W trakcie utworu na scenę wchodzą 3 osoby przebrane za polskich żołnierzy w mundurach z 1939 roku. Gdy kończy się utwór, dziękują zespołowi za pamięć o polskich bohaterach broniących Wizny, po czym wręczają każdemu członkowi zespołu po rogatywce.

Po „40:1” pada pytanie, czy będziemy skakać razem z zespołem. Kto siedzi w temacie wie co teraz się stanie – Primo Victoria! Najbardziej rozpoznawalny kawałek zespołu, swoisty hymn. To cud, że podłoga się nie zarwała ;)

Nadchodzi czas na Metal Medley zamykający koncerty. Joakim słusznie zauważa, że piątkowy wieczór to czas zabawy, więc taki utwór się pojawia. Metal Machine zlepione z Metal Crue, czyli coś „z jajem”.
Po tym kawałku idę na backstage ze slanią, ledwo trzymam się na nogach. Już zza sceny wysłuchuję ostatniego bisu, czyli „Nuclear Attack”.

Ciekawsze momenty koncertu to na przykład garderoba lecąca na scenę. Co chwilę Joakim łapał czyjeś bluzki i bluzy. W pewnym momencie zechciał sprawdzić, jak się bawimy, złapał koszulkę i zaczął ją wykręcać. Gęsto lecący z niej pot pokazał, że Polacy nie oszczędzają się na koncertach. W pewnym momencie, ku uciesze publiczności i Joakima, na scenie pojawił się nawet czerwony stanik.

Już po koncercie gadamy chwilę z chłopakami, robię sobie zdjęcie z Joakimem. Wychodzimy z klubu, siedzimy chwilę na mrozie, po czym łapiemy się na transport do Katowic. Jesteśmy na dworcu o 02:15. Smród wymiocin, menele i żenująca ochrona towarzyszą nam do 05:05, kiedy to wskakujemy w pociąg do Bielska.

Podsumowując – zmęczony, ale szczęśliwy. Było warto, najlepszy koncert na jakim byłem. Było warto.

Zobacz:
Intro + Ghost Division (słaba jakość)
The Price Of A Mile
40:1

Dodaj do:
  • RSS
  • PDF
  • Blip
  • Flaker
  • Gadu-Gadu Live
  • Gwar
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Google Buzz
  • Live
  • Twitter

Jeden komentarz dla "Sabaton w Krakowie – 24.10.2008"

gravatar

Ala 27 października 2008, 18:26

było po prostu genialnie :D do końca życia nie zapomnę :)

Zostaw komentarz